Sweter z horroru
Mój mężczyzna i swetry to związek skomplikowany. Właściwie to raczej związek na odległość, gdzie on robi wszystko, żeby tej odległości nie skracać. Nosi swetry mniej więcej raz na rok, najczęściej dlatego, że zabrakło opału i w domu można zamarznąć albo że akurat nie ma pod ręką niczego innego. Można by pomyśleć, że ktoś taki nie będzie szczególnie zainteresowany moim dzierganiem. I przez długi czas tak właśnie było.
Dopóki nie pojawił się sweter z gruchą. Kojarzycie „Chłopaki nie płaczą”? W zeszłym roku zrobiłam sweter dla mężczyzny. Zwykły raglan. Nic szczególnego. Ale gdy go zobaczył to zażyczył sobie wyszywaną gruchę na środku. zrobiłam, bo w sumie czemu nie.
Nie wiem co się wtedy stało w jego głowie, ale widok skończonego swetra z kultową gruszką najwyraźniej coś odblokował. Nagle mój mężczyzna odkrył, że ma zdanie na temat robótek ręcznych. I to konkretne zdanie, z referencjami filmowymi.
Zamówienie, które brzmiało niewinnie
“Zrób mi sweter Krugera” powiedział pewnego wieczoru, jakby zamawiał pizzę. Freddy Krueger. Koszmar z Elm Street. Ten złośliwy pan z nożami zamiast palców i bardzo charakterystyczną garderobą.
Spojrzałam na niego. On spojrzał na mnie. Gdzieś w tle pewnie zagrała złowroga muzyczka.
I wiecie co? Brzmiało to naprawdę niewinnie. W końcu to tylko sweter w czerwono-zielone paski. Zero skomplikowanych motywów, zero kabli, zero struktury, która wymaga liczenia oczek co trzy rzędy ze wzrokiem przyklejonym do wykresu jak chirurg do pola operacyjnego. Prostokąty. Kilka prostokątów zszytych ze sobą. Dziecko by to zrobiło.
Jedyną rzecz, na którą nie miałam ochoty, to wierne odtworzenie tych poszarpanych, wystrzępionych wykończeń rękawów, które Kruger nosił po tylu dekadach straszenia nastolatków. Odpuściłam filmową autentyczność na rzecz normalnego, luźnego ściągacza. Kruger mi wybaczy, tym bardziej że i tak już nie żyje.
Wyprawa po właściwą włóczkę, czyli Temu znowu wchodzi do gry
Każdy dobry projekt zaczyna się od włóczki, a każda moja dobra włóczka zaczyna się na Temu. Można by to nazwać lekkomyślnością, można nałogiem zakupowym, a można po prostu zdrowym rozsądkiem budżetowym. Ja wolę to ostatnie.
Kwestia kolorów wymagała jednak pewnej filozoficznej refleksji. Czerwień była oczywista, tutaj nie było dyskusji, intensywna i zdecydowana, taka żeby ktoś po drugiej stronie ulicy wiedział, że to jest sweter filmowego mordercy a nie przypadkowy festiwal pomidorów. Natomiast przy zieleni należało się zastanowić. Klasyczna, soczysta zieleń plus intensywna czerwień równa się żywopłot świąteczny albo reklama pewnej popularnej sieci fast food. Żadna z tych opcji nie była celem. Wybrałam zieleń bardziej stonowaną, lekko morską, taką która współgra z czerwienią zamiast z nią rywalizować o uwagę przechodniów.
Zamówienie złożone. Temu przyjął zlecenie z właściwym sobie spokojem i zaczął czekać. Ja też zaczęłam czekać. Czekałam prawie miesiąc, bo Temu ma swoje tempo i swojego harmonogramu pilnuje jak Kruger pilnuje Elm Street, metodycznie i nieuchronnie, tyle że z dłuższą osią czasu.
Panele zamiast raglanu, bo Kruger nie był typem od dopasowanych swetrów
Tym razem zrezygnowałam z raglanu. Poprzedni sweter, ten z gruchą, powstawał raglanem i wyszedł pięknie dopasowany. Ale Kruger nie nosił swetrów dopasowanych. Kruger nosił swetry tak jak się nosi coś, w czym siedziało się od lat osiemdziesiątych i co przeżyło kilkanaście sequeli. Luźno, wygodnie, z pełną świadomością, że wygląd i tak nie jest tu kluczowym atutem.
Panele miały więc sens. Oddzielne prostokąty, przód, tył, rękawy, wszystko proste jak projekt pierwszoklasisty na lekcji matematyki. Żadnej magii z przyborami do szwów, żadnego liczenia obwodu rękawa w stosunku do głębokości pachy. Prostokąty i agrafki do złączenia podczas szycia, oto cały plan.
Tydzień roboczy i włóczka, która się ślizgała jak marzenie
Włóczka z Temu, kiedy w końcu dotarła, okazała się gruba. Przyjemnie gruba, taka która sprawia, że praca idzie do przodu w tempie, przy którym człowiek czuje realny postęp po każdej sesji dziergania. Do tego ślizgała się po drutach tak gładko, że momentami miałam wrażenie że druty same robią swoje, a ja tylko trzymam i obserwuję.
Tydzień. Cały sweter zajął mi tydzień. Jak na projekt, który miał być hołdem dla kultowego kinowego potwora, to tempo zdecydowanie satysfakcjonujące.
Wielkie przymierzanie i triumf, który trwał piętnaście minut
Skończony sweter trafił na osobę zamawiającą i tu nastąpił rytuał, który znam już dobrze z poprzednich projektów. Przymiarki. Wiele przymiarek. Oglądanie się w lustrze z każdej strony, ze strony lewej, prawej, lekko z przodu, lekko z tyłu, z pytającą miną człowieka, który zastanawia się czy wygląda bardziej jak Kruger czy jak ktoś, kto kupił sweter na wyprzedaży i trochę żałuje.
Potem zdjęcie wysłane do znajomych z podpisem sugerującym, że oto stał się właścicielem czegoś kultowego. Znajomi zareagowali odpowiednio, czyli z mieszaniną uznania i lekkiego niepokoju, bo czerwono-zielony sweter na zdjęciu profilowym to jednak pewien statement.
I potem sweter trafił do szafy.

Szafa jako ostateczne miejsce przeznaczenia
Minęły tygodnie. Potem miesiące. Sweter siedzi w szafie i rozmyśla o swoim kinowym pierwowzorze. Mężczyzna twierdzi, że mu się podoba. Że bardzo. Że naprawdę. Że to jest po prostu kwestia pogody, bo przecież gruby sweter w ciepłe dni to nieporozumienie termiczne.
Logika jest, nie powiem.
Tyle że gdy przyszło chłodniej, wyciągnął sweter z gruchą.
Kruger czeka w szafie nadal. Może na sezon. Może na odpowiednią okazję. Może na Halloween, bo to by miało sens i byłoby prawie zbyt piękne. A może po prostu okazuje się, że mężczyzna, który rzadko nosi swetry, wcale nie zaczął ich nagle lubić dlatego, że jeden z nich nawiązuje do klasyki horroru.
Dlaczego i tak jestem z siebie zadowolona
Mogłabym się przejąć. Mogłabym snuć teorie spiskowe na temat tego, co naprawdę myśli o swetrze. Mogłabym podjąć śledztwo, dlaczego gruchę preferuje nad Krugerem, co samo w sobie jest zdaniem, którego chyba nikt nigdy wcześniej nie napisał po polsku.
Ale nie przejmuję się. I wiecie dlaczego? Bo mnie w tym wszystkim najbardziej cieszy samo dzierganie. Ten rytm, dwa oczka, przewlecz, dwa oczka, przewlecz, który po kilku minutach robi się czymś w rodzaju medytacji bez poduszki i bez kadzidełek. Robótka ręczna to mój spokój, moje wyciszenie, moje pół godziny w ciszy, w której jedynym problemem jest to, żeby nie zgubić oczka na zmianie koloru.
Efekt końcowy też jest ważny, nie będę udawać że nie. Ale jest przyjemnym bonusem, a nie celem samym w sobie. Bonus aktualnie leży złożony w szafie i spokojnie czeka.
Sweter jest piękny. Praca była przyjemna. Mężczyzna jest zadowolony, przynajmniej w teorii.
Wszyscy jesteśmy szczęśliwi. Nawet Kruger gdzieś tam w snach pewnie kiwa z uznaniem swoim spalonym łbem.


