Czarno biała ilustracja ze staruszką robiącą na drutach oraz parą kobiety i mężczyzny oglądających włóczki na półkach
Blog,  Hobby,  Robótki ręczne

Granatowy raglan i inne przygody

Są takie odkrycia, które człowiek robi przypadkiem i które zmieniają jego życie. No dobra, może nie życie. Ale przynajmniej plany na najbliższe kilka tygodni. Otóż odkryłam, że w pobliskim miasteczku istnieje sklepik z materiałami do robótek ręcznych. Przez “sklepik” rozumiem: kilka półek przyklejonych do ściany, stół udający ladę i tyle przestrzeni, że gdyby weszły dwie osoby jednocześnie, musiałyby się lubić naprawdę bardzo. Dosłownie. Przymusowa bliskość gwarantowana.

Za ladą, jak z obrazka, siedziała staruszka i coś dzierga ła na szydełku. Nie wiem czego się spodziewałam, może tajemniczego skarbca z przędzą rodem z alpejskich wiosek, może czegoś w stylu włóczkowego Hogwartu, ale weszłam. Z ciekawości. I szczerze? Trochę z desperacji, bo Temu to Temu, ale zawsze istnieje nadzieja, że gdzieś w okolicy jest coś lepszego.

Wielkie rozczarowanie na pół kroku przestrzeni

No więc: nie ma.

Wybór był… skromny. Tak skromny, że mój własny pokój, w którym mam zapasy włóczki na wypadek apokalipsy lub bardzo nudnej zimy, wygląda przy tym sklepiku jak hurtownia. A mój pokój jest co najmniej dwa razy większy. Wszystko się zgadza, matematyka nie kłamie. Włóczka na półkach też niczym szczególnym nie zachwycała, żeby było jasne. Miałam nadzieję, że skoro to “prawdziwy sklep”, to jakość będzie wyższa niż u chińskiego giganta. Otóż niekoniecznie. Jedyna zdecydowana różnica to cena, dwa, trzy razy wyższa. Za co? Za klimat, pewnie. I za przywilej stania na tym pół kroku przestrzeni.

Ta jedna włóczka. Ona wszystkiemu winna.

Ale. ALE. Jedna włóczka wpadła mi w oko. Granatowa, z kolorowymi niteczkami co jakiś czas, takie małe błyski koloru jak konfetti uwięzione w wełnie. I zanim zdążyłam się zastanowić, w głowie już miałam gotowy sweter. Konkretnie: sweter dla mojego mężczyzny, który od lat nosi jeden i ten sam egzemplarz. Jeden. Ten sam. Od lat. Rozciągnięty w miejscach, w których sweter rozciągać się nie powinien, wyblakły w sposób, który nie jest vintage tylko po prostu zmęczony życiem. Ja też jestem tym swetrem zmęczona, jeśli mam być szczera.

Wizja była jasna: raglan, prosty, klasyczny, żadnych szaleństw, bo mój mężczyzna jest człowiekiem o stabilnych upodobaniach estetycznych (czytaj: gdyby mógł, nosiłby ten sam strój przez całe życie). Skonsultowałam pomysł. Powiedział, że chętnie. Kupiłam włóczkę, mimo że droga. No bo przecież inwestycja w spokój ducha jest bezcenna, prawda?

Idzie jak z płatka

Robota szła zaskakująco sprawnie. Włóczka gruba, druty grube, postęp widoczny i satysfakcjonujący. Jedyny poważny kryzys? Rzędy skrócone. Jeśli robisz na drutach, wiesz o czym mówię. Jeśli nie robisz, to wyobraź sobie, że jest jedna technika, która teoretycznie jest prosta, a w praktyce potrafi człowieka przyprawić o ból głowy. Wychodziły mi za ciasne, raz, drugi, trzeci. W końcu stanęłam na stanowisku “wystarczająco dobre”, co w rękodziele oznacza: ja widzę, ale reszta świata raczej nie. Akceptowalne.

Przy rękawach użyłam po raz pierwszy drutów na krótkiej żyłce zamiast zestawu pięciu drutów, które zawsze lądują wszędzie poza właściwym miejscem. I powiem wam: to jest jeden z tych wynalazków, przy których człowiek myśli “jak ja żyłam bez tego wcześniej”. Czysta przyjemność. Polecam z całego serca.

I wtedy padło jedno zdanie

Sweter skończony. Przymierzony. Zblokowany (dla niewtajemniczonych: to etap, w którym mokry sweter układa się na macie i zostawia do wyschnięcia w odpowiednim kształcie, brzmi prosto, jest terapeutyczne). Przymierzony ponownie. Wygląda świetnie. Jestem z siebie dumna.

I wtedy mój mężczyzna miał olśnienie.

“Wiesz co, a mogłabyś dodać gruchę na środku? Taką jak w filmie Chłopaki nie płaczą?”

Cisza.

Głęboki oddech.

Nie mógł wpaść na to PRZED rozpoczęciem swetra? Albo w trakcie? Gruchę można wrobić we wzór, to piękna, czysta robota. Ale do gotowego swetra? Szydełko, osobny element, przyszycie, i już nie jest to samo. Zrobiłam. Oczywiście, że zrobiłam. Bo jestem osobą słabą wobec entuzjazmu mężczyzny, który normalnie o ubrania nie dba zupełnie.

Jemu się podoba. Mówi, że to “filmowy sweter”. Chodzi w nim po domu z miną człowieka, który właśnie osiągnął coś wielkiego.

Epilog, czyli o tym jak chować dowody

Jest tylko jeden problem: jest koniec wiosny. Sweter wełniany, ciepły, na jesień i zimę. Przez najbliższe kilka miesięcy będzie leżał i czekał na swój moment.

Ale jest. Zrobiony. Ładny. I teraz muszę się upewnić, że ten poprzedni, ten rozciągnięty zabytek, gdzieś zniknie przed październikiem. Schowam go. Albo wyrzucę. Bo znam życie: przyjdzie pierwszy chłodniejszy dzień, mężczyzna sięgnie odruchowo po to co zna, i po co był ten cały wysiłek.

Nie tym razem. Tym razem zwyciężam.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Co o tym sądzisz? Dodaj komentarzx