
Rok, w którym pogoda postanowiła zwariować
Zawsze myślałam, że pogoda jest kapryśna. Ale to, co dzieje się w tym roku, to już nie kaprys. To pełnoprawny kryzys tożsamości na Planecie Żywiołów.
Przeglądam nagłówki i zaczynam podejrzewać, że klimat przeszedł na tryb eksperymentalny.
Ten rok z całą pewnością zapisze się w historii jako rok pełen anomalii pogodowych:
W Cebulandii styczeń był tak zimny, że człowiek zaczynał się zastanawiać, czy przypadkiem nie cofnęliśmy się do epoki „oddychaj przez szalik albo zgiń”. Mróz wgryzał się w twarz jak obrażony kot. Niby globalne ocieplenie, a uszy odpadają.
W Krainie Herbatników i Kolejek zeszły rok wyglądał jak niekończąca się próba generalna przed potopem. Nie było dnia bez choćby chwilowego deszczu. Ani jednego. Chwilowego, czyli od „kropi” do „czy to już drugi arkusz Noego”. Tam parasol nie jest dodatkiem. To element tożsamości narodowej.
W Burgerlandii wielkie śnieżyce. Takie z kategorii: zamykamy pół kraju, lotniska stoją, drogi znikają, a prezenterzy pogody mówią tonem jak przy inwazji kosmitów. Biała apokalipsa w państwie, które równie dobrze potrafi mieć tornada, huragany i 40 stopni w cieniu w tym samym kwartale.
A w Pufenie w styczniu burze piaskowe i silne wiatry. W styczniu. To, co kiedyś przychodziło w kwietniu, teraz wpada wcześniej, bez zapowiedzi i z rozmachem. Piasek w powietrzu, wiatr wyrywający wszystko, co nie jest przyspawane do skały. Zamiast spokojnej zimy, dynamiczna wersja demonstracyjna końca świata.
I to wszystko naraz.
Jedni marzną, drudzy toną, trzeci odkopują auta spod śniegu, czwartym piach chrupie między zębami. Globalna loteria żywiołów, tryb losowy włączony na stałe.
Oczywiście można to rozebrać na czynniki pierwsze. Prądy strumieniowe, zmiany cyrkulacji, El Niño, La Niña, więcej energii w systemie klimatycznym. Wszystko logiczne. Tylko że przeciętny mieszkaniec Planety Żywiołów nie analizuje modeli klimatycznych. On patrzy w niebo i zastanawia się, czy zdąży zdjąć pranie.
I tu dochodzimy do mojego osobistego odkrycia roku.
Bo w tym całym globalnym chaosie zauważyłam jedną stałą. Jedno prawo natury, które działa lepiej niż wszystkie prognozy razem wzięte.
Jeśli nastawiam pranie, zacznie padać.
Nie ma znaczenia, czy aplikacja pokazuje słońce, czy prognoza obiecuje bezchmurne niebo. Wystarczy, że wywieszę świeżo wyprane rzeczy. Nie zdążę nawet zamknąć drzwi, a na horyzoncie zbierają się chmury z wyraźną misją.
Jeśli nie zabiorę go w porę, deszcz przyjdzie punktualnie. Z determinacją. Jakby miał osobisty konflikt z moją suszarką.
Może więc klimat się zmienia. Może wchodzimy w epokę ekstremów. Może system pogodowy traci stabilność.
Ale jedno jest pewne.
Wszechświat ma radar na moje pranie.
I działa bezbłędnie.

