Czarno biała ilustracja kobiety robiącej na szydełku koc
Blog,  Hobby,  Robótki ręczne

Zakładka “na później” i inne pułapki internetu

Zaczęło się, jak zwykle, niewinnie.

Miałam poszukać jednego ściegu, może wzoru na kolejną robótkę, i oczywiście wyszłam z tej wyprawy z listą projektów tak długą, że nie starczyłoby mi kilku żyć na ich realizację. To moja specjalność. Zamiast konkretnej odpowiedzi na konkretne pytanie dostaję lawinę pomysłów, z których każdy natychmiast ląduje w zakładce “na później”, a zakładka “na później” rośnie w tempie, które dawno przestałam monitorować, bo to tylko pogarsza sprawę. Ostatnio zrobiłam zrzut ekranu swetra prezenterki wiadomości w momencie, gdy było go najlepiej widać w kadrze. Nie szukałam swetra. Oglądałam wiadomości. To jest dokładnie ten rodzaj problemu, o którym mówię.

Koc Frida, czyli miłość od pierwszego wejrzenia

Z tej listy jednak jeden projekt nie dawał mi spokoju. Koc Frida zaprojektowany przez Jane Crowfoot. Urzekła mnie kolorystyka: nasycone czerwienie kwiatów, zielone listki i to wszystko otoczone głęboką czernią, jak na klasycznym obrazie Fridy Kahlo. Wiedziałam, że muszę go zrobić. Zamówiłam włóczkę. Na Temu, rzecz jasna. Wiem, wiem, część z was właśnie westchnęła znacząco. Zanim jednak ktokolwiek zacznie mi tłumaczyć o warunkach pracy w Azji, powiem tylko, że sporą jej część zwiedziłam osobiście i mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że Temu w tamtejszych realiach cenowych to nie jest żaden wyzysk, to wręcz sklep z wyższej półki. Poza tym Amazon do mnie nie dociera, sklepów hobbystycznych w okolicy nie ma, a włóczkę jakoś zdobyć trzeba. Zamawiałam więc bez wyrzutów sumienia i przez mniej więcej miesiąc dochodziły do mnie kolejne paczki z kolejnymi kolorami, a mój pokój powoli zamieniał się w magazyn. Na Temu ciężko kupić jeden kłębek, więc zamówiłam po osiem motków każdego koloru. Włóczka zawsze się przyda. Szczególnie biorąc pod uwagę wspomnianą zakładkę z inspiracjami i prezenterki telewizyjne w ładnych swetrach. Na robótkę wzięłam się jednak przede wszystkim dlatego, żeby odzyskać podłogę.

Nowy zapis i stare nawyki

Początki były trudne. Wzór zapisany jest skrótami szydełkowymi, a ja zdecydowanie lepiej czytam klasyczne schematy z kreskami i kółkami. Taki dziwak ze mnie. Trochę mi zajęło zaprzyjaźnienie się z nowym formatem, ale pomogło to, że pierwsze sześciokątne motywy składały się głównie ze słupków i oczek łańcuszka w jednym kolorze, co dało mi czas na oswojenie się z zapisem, zanim sprawy zrobiły się bardziej skomplikowane. A zrobiły się. Okazało się jednak, że nie taki diabeł straszny, praca szła całkiem sprawnie, a co mnie zaskoczyło najbardziej, zaczęła mi sprawiać dziwną przyjemność. Zaskoczenie, że tak szybko przystosowałam się do nowego zapisu, połączone ze zwykłym relaksem, jaki daje samo szydełkowanie, sprawiło że siadałam do kolejnych motywów z prawdziwą ochotą.

Końcówki nitek, czyli mój ulubiony temat zastępczy

No, może poza chowaniem końcówek nitek. Przy każdej zmianie koloru, a zmian w każdym sześciokącie było co niemiara, przybywało ich w zastraszającym tempie. Wiem, że to jeden z tych elementów robótkowego życia, które wszyscy szczerze nienawidzą. Podejrzewam jednak, że wynika to głównie z odkładania tego zadania na sam koniec. Ja zawsze porządkuję nitki na bieżąco, bo alternatywa, czyli kilkaset luźnych końcówek wyłażących ze wszystkich stron gotowego koca, jest obrazem, którego wolę sobie nie wyobrażać. Może to pedantyzm, może jakaś spokojna nerwica natręctw, trudno powiedzieć. W każdym razie działa.

Arcydzieło kontra pies

Kiedy połączyłam wszystkie motywy w całość, nie mogłam wyjść z podziwu. Koc jest piękniejszy niż na zdjęciach. Trójwymiarowe kwiatki i zestawienie kolorów robią coś takiego, że ręka sama wyciąga się żeby dotknąć i sprawdzić, czy to na pewno prawdziwe.

Jest jedno zastrzeżenie: koc okazał się raczej kocykiem. Za mały, żeby się nim w całości przykryć. Choć z drugiej strony, kto chciałaby się przykrywać prawdziwym arcydziełem? Wylądował na oparciu kanapy i wyglądał tam pięknie, przynajmniej przez chwilę. Potem wkroczył mój pies, mieszaniec owczarka niemieckiego i belgijskiego, który gubi sierść dwa razy w roku: od stycznia do czerwca i od lipca do grudnia. Koc dość szybko zaczął wyglądać bardziej jak lep na kudły niż arcydzieło, jakim jest. Arcydzieło powędrowało więc do szafy, gdzie czeka na specjalne okazje, bezpieczne i czyste. Szczerze mówiąc, może nawet lepiej. Wyciągnięte raz na jakiś czas będzie cieszyć podwójnie, jakbym widziała je pierwszy raz. Przynajmniej tak sobie tłumaczę siedzenie z psem na kanapie bez koca.

Koc skończony, ale czy na pewno?

Praca przy nim była na tyle przyjemna, że od razu wzięłam się za drugi. Nie dla siebie, bez przesady, nie potrzebuję dwóch takich samych kocy, jeden chowa się już wystarczająco godnie w szafie. Drugi jest na prezent dla kogoś, kto gdy zobaczył pierwszy, nie ukrywał zachwytu, i właśnie to zdecydowało. Taki koc zasługuje na osobę, która naprawdę go doceni. Jeszcze go nie dostała, bo mieszka daleko, a poczta już raz mnie zawiodła i nie zamierzam ryzykować czymś, co dla mnie jest po prostu bezcenne. Koc dotrze do niej osobiście. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest rzecz dla każdego. Nie każdemu wpadnie w oko taka kolorystyka, taki przepych, taka intensywność. Ale dla mnie jest absolutnym arcydziełem. I właśnie dlatego mam ochotę zrobić ich więcej. Dla całej rodziny. Lista projektów i tak już dawno wymknęła się spod kontroli, więc co mi szkodzi.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Co o tym sądzisz? Dodaj komentarzx