Blog

Zaczynamy?

W dobie AI, gdzie googlowanie nie oznacza już szukania stron internetowych, bo Google daje odpowiedź zanim zdąży pokazać, skąd ją wziął, a inny chatbot odpowie na pytanie bez podawania jakichkolwiek linków, zakładanie bloga jest pomysłem co najmniej dziwnym. Jeśli nie kompletnie idiotycznym. A jednak postanowiłam to zrobić, z jakiegoś powodu. A ty, czytelniku, jakimś cudem tu trafiłeś! Nie wiem, jaki rodzaj magii (czy może algorytmicznej pomyłki) cię do mnie sprowadził, ale witaj. Rozsiądź się wygodnie, zaparz sobie kawkę albo herbatkę (albo soczek, czy wodę, co tam wolisz) i zaczynamy.

Nie mam jeszcze pełnej wizji tego, co będę tu pisać, ani jak często planuję to robić (o ile słowo “planowanie” w ogóle ma tu jakiekolwiek zastosowanie). Po prostu z jakiegoś powodu poczułam potrzebę, żeby coś napisać. Wiem, można było to zrobić w prywatnym dzienniku i schować go głęboko do szuflady, nikomu nie zawracając głowy.

Ale chyba każdy ma czasem ochotę na odrobinę “zaistnienia”. I nie mówię tu o nagłym zostaniu gwiazdą internetu, bo do tego potrzebny byłby nienaganny uśmiech, idealne oświetlenie i algorytm, który mnie lubi (a wiemy już, jak algorytmy traktują blogerów: jak ofiary losowego, dorocznego losowania). Chodzi po prostu o zaistnienie w czyjejś głowie, choć na chwilę. A może to tylko moja prywatna fanaberia i nikt inny takich dziwnych myśli nie ma.

W każdym razie ja mam. Może dlatego, że znalezienie znajomych, a co dopiero przyjaciół, którym można się wygadać bez cenzury, graniczy dziś z cudem. Zwłaszcza gdy człowiek co chwilę zmienia miejsce zamieszkania i ostatecznie nie jest w stanie utrzymać żadnych relacji, bo za moment ci ludzie i tak znikają z życia. A w moim wieku zawieranie nowych znajomości przypomina budowanie domku z kart na środku ruchliwej ulicy: teoretycznie możliwe, praktycznie kończy się katastrofą przy pierwszym podmuchu wiatru.

Czego się możesz spodziewać po tym blogu?

Szczerze? Nadal nie mam pojęcia. Zamierzam jednak trzymać się moich prawdziwych pasji i tego, co akurat zaprząta mi głowę. Czasem trafi się tu przepis czy dwa na coś, co akurat zrobiłam i jestem z tego wyjątkowo dumna, albo co było tak pyszne, że musiałam się tym z kimś podzielić (a że akurat nie mam komu opowiedzieć przy kawie, to opowiem internetowi).

Najwięcej miejsca zajmą tu jednak robótki ręczne, bo to im poświęcam najwięcej czasu i głowy. Szydełko to dla mnie rodzaj medytacji: przy skomplikowanym wzorze zamiast przeklinać, zaciskam zęby i liczę oczka jeszcze raz, i jeszcze raz, aż w końcu coś z tego wyjdzie. Będzie więc sporo o tym, co akurat robię na drutach czy szydełku, jakie wzory mnie zachwycają, a jakie doprowadzają do białej gorączki, i co z tego wszystkiego ostatecznie powstaje. A że czasem upór jest silniejszy niż zdrowy rozsądek, to nawet jeśli coś wymaga wielokrotnego prucia i zaczynania od zera, to i tak doprowadzę to do końca, choćby na przekór samej sobie. Wspomnę pewnie o książce czy dwóch, które aktualnie czytam, albo o grze, w którą gram i przez którą zapominam o całym bożym świecie. Skoro już przy tym jestem: interesuję się też technologią, więc moje nie do końca poukładane przemyślenia o tym, co się dzieje w tym świecie, też pewnie się tu od czasu do czasu pojawią. Krótko mówiąc: wyląduje tu wszystko, co wpadnie do mojej głowy i uznam, że koniecznie muszę o tym napisać.

Raczej nikogo nie zainspiruję, niczego nowego nie nauczę i nie przypuszczam, żebym kogokolwiek czymkolwiek zaszokowała. Wolę radosną, twórczą anarchię, podlaną solidną porcją sarkazmu i zdrowym dystansem do siebie samej, niż udawanie eksperta, który ma swoje życie pod pełną kontrolą (bo, spoiler, nie ma).

Póki co jakoś trzeba zacząć, więc uznajmy, że to jest początek czegoś: nowego, ciekawego albo nudnego, zabawnego albo smutnego. Początek bloga o wszystkim i o niczym.

I jeszcze jedno

Jeśli to, co właśnie przeczytałeś/łaś, sprawiło, że choć raz się uśmiechnąłeś/łaś (albo skrzywiłeś/łaś, też się liczy), zapraszam do subskrypcji newslettera. Ludzka pamięć to zawodne narzędzie, a internet to ocean, w którym ten konkretny dziwny blog utonie szybciej, niż zdążysz powiedzieć “dodam do zakładek” (i tak nigdy tam nie wrócisz, oboje to wiemy). Google już ci tu raz pomógł trafić przez przypadek, ale na drugi cud bym nie liczyła. Historia przeglądarki też ma to do siebie, że gdzieś się gubi między czterystoma otwartymi kartami. Newsletter jest więc skromną, ale skuteczną liną ratunkową: w razie gdyby naszła cię nagła potrzeba przeczytania czegoś dziwnego albo chwycenia za szydełko, będzie czekał w skrzynce, żeby ci o mnie przypomnieć.

Obiecuję przy tym solidną dawkę umiaru: żadnego spamu, żadnego zasypywania skrzynki. Wiadomość przyjdzie wyłącznie wtedy, gdy faktycznie coś nowego napiszę, a uwierz mi, z regularnością nie jest mi po drodze.

🤞 Powiadomić Cię o nowych wpisach?

Obiecuję, że nie dostaniesz ode mnie spamu! Prędzej zapomnisz o tej subskrypcji!.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Co o tym sądzisz? Dodaj komentarzx