O czym gadać, kiedy nie ma o czym gadać? (Poradnik dla społecznych ninja)
Przeczytałam niedawno książkę, o której pewnie słyszałeś, bo słyszał o niej właściwie każdy. „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi” Dale’a Carnegiego. Klasyk, wydany po raz pierwszy w 1936 roku, sprzedany w kilkudziesięciu milionach egzemplarzy, przetłumaczony na pół świata i cytowany przez każdego coacha życiowego który kiedykolwiek nagrał podcast. Innymi słowy, byłam ostatnią osobą na Ziemi która jeszcze tego nie czytała.
I wiesz co? Jest dobra. Irytująco dobra. Przez całą lekturę miałam jedno powtarzające się uczucie, które można by opisać mniej więcej tak: dlaczego nikt mi tego nie powiedział wcześniej. Nie w sensie że odkrywa jakieś kosmiczne tajemnice, bo zasady są proste do bólu. Ale właśnie o to chodzi. Są tak proste, że człowiek przez lata omija je szerokim łukiem, bo podświadomie zakłada że coś tak prostego nie może działać.
Działa. Sprawdziłam na sobie. I tak oto introwertyk z dyplomem w ignorowaniu ludzi na imprezach zaczął stosować porady sprzed niemal stu lat z zadziwiającym skutkiem.
Spotkanie towarzyskie. Stoisz naprzeciwko kogoś, patrzycie na siebie, cisza staje się coraz bardziej niezręczna, a w Twojej głowie słychać tylko „BIP BIP, BŁĄD 404: TEMAT ROZMOWY NIE ZNALEZIONY”.
Co robisz?
A) Udajesz, że właśnie dostajesz ważny telefon i uciekasz.
B) Mówisz pierwszą rzecz jaka przychodzi Ci do głowy („Ekhm… lubisz ser?”).
C) Stosujesz patent z książki i sprawiasz, że to rozmówca gada za Ciebie.
Jeśli wybrałeś opcję C, gratulacje. Carnegiego przeczytałeś, albo masz naturalny talent do konwersacyjnego lenistwa, co w tym przypadku jest dokładnie tym samym.
Sztuka rozmowy metodą „mów za mnie”
Z mojego doświadczenia i obserwacji ludzie uwielbiają mówić o sobie, wystarczy ich tylko lekko popchnąć w odpowiednim kierunku. Carnegie zresztą twierdzi dokładnie to samo, więc miło wiedzieć że moje życiowe obserwacje pokrywają się z bestsellerem. Zamiast standardowego „Co tam?”, które generuje odpowiedź na poziomie „A, spoko”, pytam o coś konkretnego.
„Wydarzyło się coś ciekawego w Twoim życiu w zeszłym tygodniu?” albo „Jaka jest najdziwniejsza rzecz, jaka Ci się kiedykolwiek przytrafiła?” Rozmówca zaczyna mówić, a ja mam jedno proste zadanie: słuchać i co jakiś czas dodawać znaczące „Ooo!”, „Serio?”, „Nie wierzę, i co dalej?”. Jeśli rozmówca jest gadatliwy, może nawet nie zauważyć, że nie powiedziałam nic poza serią odpowiedzi godnych NPC z gry RPG.
I to jest piękne.
Bardzo istotne jest jednak żeby naprawdę słuchać, nie tylko czekać na swoją kolej. Trzeba wyłapać w odpowiednim momencie tematy do kolejnych pytań i zapamiętać jak najwięcej na przyszłe spotkania. Carnegie na tym właśnie kładzie największy nacisk i tu akurat mam wrażenie że miał rację bardziej niż gdziekolwiek indziej.
Plotka głosi, że dobry rozmówca nie musi mówić
Większość ludzi myśli, że świetna rozmowa to taka, w której oni dużo mówili. To oznacza, że jeśli pozwolisz im mówić, wyjdziesz na charyzmatycznego, pełnego empatii człowieka, mimo że jedyne co zrobiłeś to kiwanie głową i uważne słuchanie.
Nie żartuję. Na koniec spotkania często słyszę „Wow, ale fajnie się z Tobą gadało!”, a ja w myślach zastanawiam się co dokładnie było fajne, skoro ja nie powiedziałam właściwie nic. Ludzie nie pamiętają kto ile mówił. Pamiętają tylko, że rozmowa była przyjemna. Carnegie wiedział co robi.
Rozdział, który przeczytałam z politowaniem a jednak zastosowałam następnego dnia.
Carnegie twierdzi, że własne imię to dla człowieka najpiękniejszy dźwięk na świecie. Brzmi jak coś z poradnika manipulatora, ale sprawdziłam i trudno się nie zgodzić. Wystarczy że w odpowiednim momencie użyjesz imienia rozmówcy i nagle rozmowa nabiera zupełnie innego charakteru. Człowiek się prostuje, patrzy na Ciebie inaczej i ma wrażenie że naprawdę go słuchasz. Ja po przeczytaniu tego rozdziału przez tydzień ćwiczyłam wplatanie imion w rozmowy i czułam się jak agent wywiadu na misji. Trochę dziwne uczucie, ale skuteczne.
Carnegie poświęcił też cały rozdział uśmiechowi. Cały rozdział. Kilkanaście stron o tym żeby się uśmiechać do ludzi. Moja pierwsza reakcja była mniej więcej taka: serio, za to płacę. Druga reakcja, po tym jak faktycznie zaczęłam to stosować, była już znacznie skromniejsza. Działa. Jest to trochę przygnębiające odkrycie, bo oznacza że przez lata chodziłam na imprezy z miną człowieka który właśnie przeczytał złe wiadomości i dziwiłam się że rozmowy jakoś nie kleiły się same.
Pytania ratunkowe, czyli zestaw awaryjny na każdą imprezę
Gdy rozmowa zaczyna przypominać powolną śmierć żółwia na pustyni, wyciągam z rękawa jedno pytanie z mojej prywatnej kolekcji. Dla podróżników zawsze sprawdza się „Jaka była Twoja najgorsza podróż?”, bo ludzie kochają opowiadać o swoich tragediach na lotnisku. Dla kinomanów „Jaki film obejrzałeś ostatnio i czy było warto, czy raczej zmarnowane dwie godziny życia?”. Dla tych bez hobby, tak, tacy istnieją, „Co robisz jak nie masz nic do roboty?”, po czym można podrążyć: „Ale takie nic-nic? Siedzisz i patrzysz w ścianę, czy przeglądasz TikToka, żeby nagle ocknąć się godzinę później przy filmiku o krowie tańczącej do techno?”
Ostateczna broń: temat który wszystkich dzieli
Kiedy wszystkie inne metody zawodzą, wyciągam tajną broń każdego podcastera. Temat który ludzi dzieli jak mała domowa rewolucja.
„A co sądzisz o ananasie na pizzy?”
Wystarczy jedno pytanie i nagle masz godzinę rozmowy o kulinarnych grzechach ludzkości, sosach do frytek i wyższości pizzy neapolitańskiej nad każdą inną. Gwarantuję, cisza nie ma szans.
W ten sposób wszystkim się wydaje, że jestem świetnym rozmówcą. A ja po prostu jestem introwertykiem który przeczytał w końcu odpowiednią książkę i postanowił sprawdzić czy to działa. Działa. Carnegie byłby ze mnie dumny, choć pewnie zdziwiłby się że jego rady z 1936 roku najlepiej działają na imprezach gdzie połowa gości przegląda telefon zamiast rozmawiać.


