Blog,  Hobby,  Podróże

Jak (Nie) Umrzeć w Krainie Wiecznego Upału

Siedem lat temu postanowiliśmy rzucić wszystko i zostać cyfrowymi wagabundami.

Romantyczna wizja była piękna: praca z laptopem pod palmą, świeże mango na śniadanie, życie w nieustającej przygodzie, zero zobowiązań.

Rzeczywistość okazała się nieco inna, a dokładniej – pełna paniki, stresu i godzin researchu o tym, jak przeżyć w tropikach i nie skończyć jako bohater odcinka “Katastrofa w przestworzach”.

Bo oczywiście, zanim gdziekolwiek pojechaliśmy, przeszukałam cały internet, żeby dowiedzieć się wszystkiego o Krainie Wiecznego Upału i Południowej Dżungli.

A dokładniej: wszystkiego, co najgorsze.

Wysoka wilgotność i tropikalne choroby? Tak.

Jadowite węże, które polują na nieświadomych turystów? Oczywiście.

Mafia przewożąca zagubionych backpackerów w walizkach? Czemu nie.

Byłam przekonana, że wyjazd skończy się katastrofą.

Serio rozważaliśmy anulowanie planów, ale bilety kosztowały fortunę, a nasze sumienia nie były jeszcze na tyle bogate, by pogodzić się z taką stratą. Więc ruszyliśmy.

Minimalizm level: hardcore

Jako że planowaliśmy podróżować z samymi plecakami, oznaczało to jedno – brutalne pożegnanie z naszym dobytkiem.

Najpierw zaczęło się okrutne selekcjonowanie wszystkiego, co posiadaliśmy. Część rzeczy oddaliśmy do charity, inne wysłaliśmy do rodziny na przechowanie, a jeszcze inne trafiły po prostu do kosza. Tylko najpotrzebniejsze przedmioty mogły znaleźć się w plecaku – co oczywiście oznaczało, że nie zabraliśmy wielu rzeczy, których potrzebowaliśmy, ale to wyszło na jaw dopiero później.

Podróż: test przetrwania

Lot trwał 14 godzin, co można by spokojnie nazwać torturą dla ciała i psychiki.

Pierwszy etap – 9 godzin w pozycji „sardynka w puszce”.

Potem szybka przesiadka, która okazała się zdecydowanie za krótka i wymagała biegu przez lotnisko w stylu „Kevin sam w Nowym Jorku”.

A potem kolejne 4,5 godziny w nowym samolocie, w którym poziom komfortu można było porównać do siedzenia na drewnianej ławce w parku.

Było ciasno, niewygodnie, gorąco, a czas przesiadki niemalże doprowadził nas do zawału. W pewnym momencie przestaliśmy czuć nogi, a chęć spania przegrała z niewygodą.

Ale w końcu – Kraina Wiecznego Upału.

Taksówka do nieznanego wymiaru

Byliśmy w kraju, którego nie znamy, w którym nie znamy języka i byliśmy zbyt zmęczeni, by funkcjonować jak normalne istoty ludzkie.

Wtedy nadszedł kolejny boss level: lokalna taksówka.

Kierowca przyjął naszą prośbę o kurs lekkim kiwnięciem głowy, co absolutnie niczego nie gwarantowało. Pokazałam mu adres na telefonie, wskazałam na mapę, ale miałam dziwne przeczucie, że i tak nie miał pojęcia, dokąd jedziemy.

Całą drogę rozmawiał przez telefon. Z kim? Nie wiem. Czy wiedział, gdzie jechać? Nie mam pojęcia. Czy zrobiliśmy objazd przez pół miasta? Bardzo możliwe.

Ale ostatecznie dotarliśmy na miejsce.

Na szczęście nasze lokum okazało się przyzwoite, a łóżko, choć twarde jak deska, po tej podróży wydawało się być tronem z chmur. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy, było spanie, ile tylko się dało.

Smogopolis – miasto chaosu i magii

Smogopolis, czyli stolica Krainy Wiecznego Upału, okazało się zupełnie innym światem niż Kraj Wiecznych Remontów.

Było głośne i pełne życia o każdej porze dnia i nocy. Wystarczyło wyjść na ulicę, by poczuć zapachy, które mieszały się w niezrozumiałym chaosie – czasem był to aromat egzotycznego jedzenia, czasem coś, czego lepiej nie analizować.

Miasto było szybkie, gęsto zaludnione i nieprzewidywalne. Ruch uliczny przypominał grę w Tetrisa, tylko że z motorami, tuk-tukami i samochodami, które w cudowny sposób unikały kolizji.

Smogopolis nie bez powodu nosi swoją nazwę. Smog był tam tak gęsty, że nie tylko czuło się go w płucach, ale wręcz można go było zobaczyć w powietrzu, jakby ktoś próbował przefiltrować miasto przez popielniczkę. Szczególnie jeśli miało się nieszczęście mieszkać w wysokim budynku – wtedy poranne widoki zamiast panoramy miasta oferowały jedynie estetyczne odcienie żółci i szarości, jakby ktoś postanowił zamienić okno na filtr Instagramowy „Apokalipsa”. Romantycznie? Może. Zdrowo? Niekoniecznie.

Chcieliśmy jak najlepiej wykorzystać czas jaki mieliśmy przeznaczony na Kraj Wiecznego Upału, więc wynajęliśmy przewodnika na trzy dni. To była jedna z najlepszych decyzji, bo pokazał nam nie tylko najważniejsze atrakcje, ale i miejsca, do których przeciętny turysta by nie dotarł. Dzięki niemu mogliśmy zobaczyć zupełnie inną stronę miasta – taką, która nie była opisana w przewodnikach. A przy okazji też zostaliśmy dobrymi znajomymi i przy kolejnych odwiedzinach w Smogopolis spotykaliśmy się z nim już prywatnie na kawę czy posiłek.

Nie taki diabeł straszny

Najważniejsze w tym wszystkim było jednak to, że żadne z moich katastroficznych wizji się nie spełniło.

Nie umarliśmy.

Nikt nas nie porwał.

Denga nas nie dopadła.

A Smogopolis i Kraina Wiecznego Upału okazały się fascynującymi miejscami, w których spędziliśmy fantastyczny czas.

I co najważniejsze – po tej podróży każda kolejna była już łatwiejsza.

Morał?

Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Czasem trzeba zignorować swoje paranoje, odłożyć na bok milion katastroficznych scenariuszy i po prostu zobaczyć, co się wydarzy.

Bo najczęściej okazuje się, że rzeczywistość jest o wiele lepsza niż to, co podpowiada ci Google.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Opinie
Zobacz wszystkie
0
Co o tym sądzisz? Dodaj komentarzx