Czarno biała ilustracja kobiety z plecakiem i psa siedzącego obok wpatrzonych w widnokrąg.
Blog,  Podróże

Dlaczego mój dom zawsze był na plecach

Choć brzmi to jak kolejny internetowy fakt z kategorii „czy wiesz, że…”, przez większość swojego istnienia ludzie byli nomadami. Przez setki tysięcy lat pakowali cały dobytek, który zwykle dało się unieść na plecach, i ruszali dalej. Szukali jedzenia, lepszego klimatu albo miejsca, w którym szansa na zostanie czyjąś kolacją była odrobinę mniejsza.

Osady, wioski i miasta pojawiły się stosunkowo późno. Wszystko przez rolnictwo. Ktoś kiedyś stwierdził, że zamiast ciągle chodzić za jedzeniem, lepiej będzie posadzić je w ziemi. Problem w tym, że potem trzeba było przy tej pszenicy zostać. Podlać ją. Pilnować. Zebrać. A przy okazji odkryć, że od tej pory zamiast gonić za jedzeniem, jedzenie zaczęło dyktować, gdzie będziemy mieszkać. I tak oto ludzkość zaczęła się osiedlać.

Czy wszyscy jesteśmy nomadami?

To dość zabawne, bo nasza fizjologia, sposób funkcjonowania i zachowania społeczne powstawały przez setki tysięcy lat w świecie, w którym nikt nie miał adresu zameldowania, numeru domu ani obowiązku zgłaszania zmiany miejsca pobytu w urzędzie. Nasz mózg przez ogromną część swojej historii był przekonany, że życie polega na przemieszczaniu się. A potem nagle dostał kredyt hipoteczny, trzydzieści siedem abonamentów, dwa konta bankowe, kalendarz spotkań i obowiązek pamiętania hasła do e-Urzędu.

Niby minęły tysiące lat, ale czy naprawdę tak wiele się zmieniło?

Przecież nadal migrujemy. Zmieniamy miasta z powodu pracy, wyjeżdżamy na studia, przeprowadzamy się za miłością albo po prostu dlatego, że gdzie indziej żyje się lepiej. Nawet urlopy są niczym innym jak krótkim zaspokojeniem starego instynktu. Tylko zamiast wędrować za stadami reniferów, polujemy na promocje linii lotniczych i apartament z widokiem na morze.

Kiedy się nad tym zastanowić, różnica między nami a naszymi przodkami jest zaskakująco niewielka. Im przeprowadzka zajmowała kilka miesięcy. My robimy to w kilka godzin. Oni mieli mamuty. My mamy tanie linie lotnicze i Google Maps. Wbrew pozorom zasada działania jest zaskakująco podobna. Oni szukali doliny z wodą. My szukamy miejsca z dobrym internetem i oceną co najmniej 4,8 w Google. Nadal jednak pozostaje w nas ta potrzeba pojechania gdzieś, zmiany otoczenia choćby tylko na krótką chwilę.

Kiedy świat stanął w miejscu

Pandemia była chyba najlepszym eksperymentem społecznym, którego nikt nie planował przeprowadzać. Okazało się nagle, że ogromna część ludzi może pracować bez codziennego dojeżdżania do biura. Świat się nie zawalił. Firmy nadal działały. Internet przeżył. Nawet koty były zachwycone, że ich człowiek przez cały dzień siedzi w domu i na dodatek ponownie stał się największą gwiazdą internetu!

Jednocześnie właśnie wtedy wydarzyło się coś bardzo ciekawego. Im dłużej ludzie byli zamknięci w czterech ścianach, tym bardziej chcieli z nich uciec. Nagle internet zapełnił się kamperami, vanami przerabianymi na małe domy, zdjęciami z gór, lasów i odludnych plaż. Jakby wewnętrzny nomad przez długie miesiące cierpliwie siedział w kącie, a potem wstał, walnął pięścią w stół i powiedział:

„Dobra. Wystarczy. Jedziemy gdziekolwiek.”

To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że tego instynktu nie da się całkowicie wyłączyć. Można go zagłuszyć pracą, obowiązkami, rachunkami i codziennością, ale od czasu do czasu i tak przypomina o swoim istnieniu.

Dom na plecach

Osiadłość zawsze wydawała mi się bardziej wynalazkiem ekonomii i administracji niż natury. Meldunek, podatki, kredyty, rachunki, firanki dobrane do koloru sofy. Wszystko to ma sens z punktu widzenia funkcjonowania państwa. Tylko czasami zastanawiam się, czy mój mózg dostał w ogóle instrukcję obsługi tej zmiany. Bo mam podejrzenia, że nadal działa według oprogramowania sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat. Od czasu do czasu tylko instaluje aktualizacje. I mam wrażenie, że większość z nich zawiera nowe podatki zamiast nowych funkcji.

Mój przypominał o sobie długo przed pandemią.

Mam wrażenie, że mój wewnętrzny nomad od zawsze był trochę bardziej hałaśliwy niż u większości znajomych. Albo po prostu nigdy nie udało mi się przekonać samej siebie, że człowiek został stworzony po to, żeby przez pięćdziesiąt lat codziennie patrzeć na ten sam przystanek autobusowy.

Przez lata żartowałam, że chyba urodziłam się z domem na plecach. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego dla wielu osób największym marzeniem jest kupić dom, urządzić go i już nigdy się nie ruszać. Dla mnie nawet wynajmowanie mieszkania przez rok zaczynało wywoływać lekkie swędzenie nóg. Im więcej czytałam o historii człowieka, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że być może wcale nie jestem pod tym względem dziwna. Być może po prostu mój wewnętrzny nomad nigdy nie zasnął tak głęboko jak u większości ludzi.

Przez pewien czas mieszkałam w jednym miejscu, ale nawet wtedy regularnie zmieniałam adres i wykorzystywałam każdą okazję, żeby pojechać tam, gdzie oczy poniosą. A kiedy w końcu mogłam całkowicie porzucić tryb osadnika, spakowałam plecak i ruszyłam w drogę.

Plecak.

Nie walizkę.

To była zresztą bardzo skuteczna metoda selekcji rzeczy. Wszystko, co nie mieściło się do plecaka, musiało odpowiedzieć sobie na bardzo niewygodne pytanie:

„Czy naprawdę jest mi to potrzebne?”

Jeżeli odpowiedź brzmiała „tak”, lądowało w piwnicy rodziców. Głównie dokumenty i kilka pamiątek. Jeżeli odpowiedź była mniej entuzjastyczna, rzecz kończyła swoją karierę na śmietniku. Żegnaj, stary rozciągnięty swetrze.

To niesamowicie wyzwalające uczucie. Nagle okazuje się, że człowiek naprawdę nie potrzebuje połowy rzeczy, które przez lata uznawał za absolutnie niezbędne. Zwłaszcza tych schowanych do pudełka z napisem „może kiedyś się przyda”. Nigdy się nie przydają. A jeśli naprawdę okazują się potrzebne, to zwykle trzy dni po tym, jak się je wyrzuci. Jestem przekonana, że istnieje jakieś prawo fizyki, które to reguluje.

Okazało się, że kiedy całe życie mieści się w jednym plecaku, zmiana kraju jest niewiele trudniejsza niż zmiana autobusu. Wystarczyło spakować się, zarzucić plecak na ramiona i ruszyć przed siebie. I właśnie wtedy mój wewnętrzny nomad dostał dokładnie to, czego od dawna się domagał.

Drogi.

Kiedy całe życie mieści się w jednym plecaku, zmiana kraju jest niewiele trudniejsza niż zmiana autobusu.

Kiedy droga staje się domem

Przez kolejne kilka lat zmieniałam miejsce zamieszkania średnio co miesiąc lub dwa. Zwiedziłam wiele krajów, poznałam ich kulturę i codzienne życie, zwykle znając lokalny język w stopniu wystarczającym, żeby powiedzieć „dzień dobry”, „dziękuję” i „do widzenia”, co w zaskakująco wielu sytuacjach okazuje się kompletem słów w pełni wystarczającym do przetrwania. Nie jako turystka wpadająca na weekend, ale jako ktoś, kto przez chwilę próbował żyć dokładnie tak jak miejscowi.

To zupełnie inne doświadczenie niż wakacje all inclusive, gdzie największą przygodą jest walka o leżak przy basenie w południe.

Nawet pandemia nie zatrzymała mnie całkowicie. Nie mogłam wyjechać z kraju, w którym wtedy mieszkałam, ale nic nie stało na przeszkodzie, żeby poznać go znacznie lepiej niż wcześniej. Odkrywałam miejsca, do których pewnie nigdy bym nie trafiła, gdyby granice były otwarte. Bez turystów. Bez tłoku.

I wiecie co?

Naprawdę mi tego okresu brakuje.

Nomad na czterech kołach

Dzisiaj mieszkam już od kilku lat w tym samym miejscu. Nikt mnie nie przykuł łańcuchem do kaloryfera. Niby cieszy mnie posiadanie stałego miejsca na ziemi dla odmiany, ale jednak nadal od czasu do czasu słyszę cichy głos z tyłu głowy.

„A może by tak znowu gdzieś pojechać?”

Na razie zaspokajam go wycieczkami samochodowymi. Jedną właśnie planuję. Około trzech tysięcy kilometrów w jedną stronę. Według nawigacji. Według mnie pewnie bliżej czterech, bo mam niezwykły talent do skręcania w drogę z napisem „tylko pięć kilometrów do wodospadu”. Nie mam szczegółowego planu podróży. Mam tylko punkt docelowy. Cała reszta będzie improwizacją.

I właśnie to lubię najbardziej.

Mogłabym przejechać całą trasę autostradami w dwa dni. Tylko po co?

Nie jadę po to, żeby jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Jadę po przygodę. Chcę zatrzymywać się w małych wioskach, spacerować po lasach, zaglądać na plaże, wspinać się na wzgórza i skręcać tam, gdzie nawigacja z wyraźnym rozczarowaniem oznajmia:

„Przeliczam trasę.”

Myślę, że po kilku dniach moja nawigacja przestaje wierzyć, że naprawdę chcę gdziekolwiek dojechać.

Zanim ruszę w drogę

Podróż samochodem z psem wymaga jednak trochę więcej przygotowań niż wrzucenie do plecaka dwóch koszulek i szczoteczki do zębów. Trzeba zaplanować postoje, zabrać zapasy, sprawdzić dokumenty, przygotować samochód i upewnić się, że psia księżniczka zaakceptuje wszystkie postoje jako wystarczająco godne jej majestatu.

Do tego dochodzą prezenty dla rodziny i znajomych.

A to oznacza jedno.

Przez najbliższe tygodnie będę szydełkować tyle, że moje szydełka prawdopodobnie założą związek zawodowy i wystąpią o ośmiogodzinny dzień pracy.

Oczywiście pokażę Wam wszystkie projekty na blogu. Na razie dostajecie jedynie kulisy całego zamieszania, bo przygotowania pochłaniają praktycznie każdą wolną chwilę. Przez najbliższe tygodnie będę głównie szydełkować, robić zdjęcia i spisywać notatki do przyszłych wpisów. Kiedy już wrócę z wyjazdu, pozostanie mi tylko usiąść z kawą i zacząć publikować wszystko, co udało mi się przygotować.

Na koniec pozostaje jeszcze spakować samochód. To akurat powinna być najłatwiejsza część. Głównie dlatego, że tym razem przygotowałam listę wszystkiego, co chcę zabrać. Nie ryzykuję polegania na własnej pamięci. Raz już to zrobiłam i dopiero gdzieś po drodze zorientowałam się, że nie zabrałam połowy rzeczy, które były mi potrzebne. Od tamtej pory lista jest obowiązkowym wyposażeniem każdej podróży.

Mój wewnętrzny nomad zaciera ręce.

Pies jeszcze nie wie.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Co o tym sądzisz? Dodaj komentarzx