Telefon – Najważniejszy członek rodziny
Pamiętam czasy, kiedy „być razem” oznaczało coś więcej niż siedzenie w tym samym pomieszczeniu z telefonem w dłoni. Mgliste to wspomnienia, przyznam szczerze, ale gdzieś tam w tyle głowy mam pewność, że kiedyś ludzie patrzyli na siebie, a nie w ekrany. Wydawali z siebie dźwięki zwane „słowami”. Reagowali na te słowa innymi słowami. To się nazywało rozmową i podobno było całkiem popularne.
Social media miały to ulepszyć. Pamiętacie te hasła? „Połącz się ze światem”, „Bądź bliżej ludzi, na których ci zależy”. No i jesteśmy. Tylko że zamiast rozmawiać z osobą siedzącą naprzeciwko, rozmawiamy z nieznajomym z Poznania o filmiku, który udostępnił ktoś z Guadalajary, a algorytm TikToka uznał, że właśnie tego nam dziś trzeba. Cel osiągnięty. Szampan otwarty. Wszyscy połączeni. No, prawie wszyscy.
Kawiarnia jako studium przypadku
Wejdź do dowolnej kawiarni i rozejrzyj się. Para przy stoliku. On scrolluje Instagrama, ona przegląda Reelsy, co technicznie jest tym samym Instagramem, ale inaczej. Milczą. Co jakiś czas ktoś podnosi wzrok i obraca ekran w stronę drugiego, bo trafił na coś ważnego. Śmieszny piesek. Albo śmieszny kot. Albo śmieszny piesek goniący śmiesznego kota. Drugi kiwa głową z powagą człowieka, który właśnie zapoznał się z istotnym raportem. Potem oboje wracają do scrollowania.
Są razem. W sumie.
Wyobraź sobie, że ktoś sprzed dwudziestu lat patrzy na tę scenę. Pewnie pomyślałby, że to jakaś awangardowa sztuka performatywna. Albo że oboje są głuchoniemi i komunikują się przez telefon. Albo po prostu uciekłby z krzykiem, bo XXI wiek jest naprawdę trudny do wytłumaczenia.
Mój własny eksperyment terenowy
Mam na to dowód rzeczowy z własnego podwórka, dosłownie. Kiedy odwiedza mnie rodzina, przez co rozumiem zarówno dzieci, jak i rodziców, czyli pełne spektrum pokoleń od TikToka po Facebooka, obserwuję zawsze to samo. Wystarczy chwila spokoju. Droga samochodem na plażę, przerwa między posiłkami, wieczorne siedzenie przed domem zanim wszyscy pójdą spać. I w tej chwili, nieomylnie jak wschód słońca, każde wyciąga telefon.
Próbuję ich wciągać w rozmowę. Różny bywa skutek, głównie marny. Zwykle kończy się na wspólnym oglądaniu filmików, co technicznie jest interakcją społeczną, więc może powinnam to zaliczyć jako sukces i przestać narzekać. Czasem po prostu ich obserwuję i robię zdjęcia, bo widok całej rodziny, wszystkich pokoleń, każdego wpatrzonego we własny ekran, to jest materiał na okładkę naszych czasów. Pamiętnik epoki. Dziedzictwo kulturowe.
A kiedy obserwowanie przestaje wystarczać, dołączam. Bo co innego mam robić, skoro wszyscy są bardziej zainteresowani śmiesznymi pieskami niż rozmową ze mną?
Sama staram się jakoś opierać. Chodzę na spacery, obserwuję przyrodę, patrzę na ludzi na plaży, cieszę się chwilą i pięknem otaczającego mnie świata. Telefon mam w kieszeni. Na wszelki wypadek. Gdyby natura okazała się zbyt jednostajna albo ludzie na plaży zbyt mało interesujący. Jestem realistką.
Nauka ma na to odpowiedź i nie jest to dobra wiadomość
Badania mówią wprost: olewanie kogoś na rzecz telefonu niszczy relacje, i to nie w sensie „ktoś czuje się trochę smutny i zagryza wargi”, tylko w sensie głębszym, że przestajemy umieć w ogóle być ze sobą. Ktoś mądry nazwał smartfony śmieciowym jedzeniem dla umysłu. Niby sycą, uzależniają jak chipsy, wartości odżywczej zero. Celne porównanie, choć podejrzewam, że ta mądra osoba sformułowała je, scrollując Twittera, który teraz nazywa się X, bo najwyraźniej ktoś doszedł do wniosku, że rebrandingiem można naprawić wszystko.
Najpiękniejszy paradoks tej historii jest taki, że media społecznościowe, wymyślone po to żeby leczyć samotność, są jej głównym producentem. Dziewięć lat badań, tysiące uczestników, wniosek banalny: im więcej scrollujesz, tym bardziej jesteś samotny. Im bardziej jesteś samotny, tym więcej scrollujesz. Błędne koło z budżetem na Oscara i scenariuszem pisanym przez algorytm.
To nie jest problem tylko młodych
I żebyś nie myślała, że to choroba wyłącznie dwudziestolatków przyklejonych do TikToka. Widzę to samo wszędzie. Starsze panie w autobusie, które zamiast pogadać, w milczeniu wymieniają się filmikami na Facebooku. Babcia, która kiedyś mogłaby opowiedzieć ci trzy godziny o zupie, jej przepisie, historii przepisu, kuzynce, która przepis ukradła i rodzinnym dramacie, który z tego wynikł, teraz milczy i pokazuje mema z kotem. Postęp jest nieubłagany i nie pyta o zdanie.
I co z tego wynika
Nie piszę tego, żeby apelować o rewolucję i powrót do rozmów przy świecach bez zasięgu. Piszę to, bo sama siedzę przy tym stole i też wiem, jak działa ten odruch, żeby zerknąć w ekran w połowie czyjejś opowieści. Wiem. Rozumiem. Telefon leży w kieszeni i cierpliwie czeka.
Ale czasem, szczególnie na tych spacerach i plażach, patrzę na ludzi wokół i myślę, że szkoda. Szkoda tej ciszy, którą można by zamienić na cokolwiek innego. Szkoda tych wieczorów, które mogłyby być czymś więcej niż wspólnym oglądaniem psich filmików, choć uczciwie przyznam, że niektóre z tych filmików są naprawdę dobre.
Dobra, koniec kazania. Odłóż telefon. Chociaż na chwilę. Porozmawiaj z kimś. Będziesz zaskoczona, co z tego wyniknie. Albo nie będziesz. Ale przynajmniej spróbujesz.
I jeśli się nie uda, zawsze możemy sobie pokazać śmiesznego pieska. Znam kilka naprawdę dobrych.


