Myślałam, że jestem za stara na kreskówki
Anime nigdy mnie nie interesowało. Kojarzyło mi się głównie z migającymi, kolorowymi obrazkami i dziwnymi krzykami, czyli czymś co najwyżej mogłoby przyprawić mnie o atak padaczki, a nie o wzruszenie. Poza tym, bądźmy szczerzy, jestem już za stara na kreskówki. A przynajmniej tak myślałam, więc anime omijałam szerokim łukiem, traktując całą kategorię jako coś dla nastolatków z dużą ilością wolnego czasu i jeszcze większą tolerancją na piszczące głosy.
Problem zaczął się gdy oglądając różnych streamerów i YouTuberów zauważyłam pewną prawidłowość. Co chwilę ktoś nawiązywał do jakiegoś anime, zachwycał się jego przesłaniem, porównywał do niego film albo grę, czasem nawet zupełnie niezwiązaną tematycznie. A ja siedziałam z miną osoby która właśnie weszła w połowie ważnej rozmowy i nie ma pojęcia o co chodzi. Zaczęłam mieć wrażenie że ci ludzie mówią jakimś innym językiem, do którego nie dostałam słownika.
Moja wnikliwość, znana też jako uporczywa niezdolność do zostawienia czegoś w spokoju, postanowiła to sprawdzić. Poradziłam się sztucznej inteligencji od czego powinnam zacząć żeby wdrożyć się w ten dziwaczny animowany świat. Padło na Death Note.
I tak oto, w wieku w którym powinnam już dawno przerobić etap odkrywania nowych fascynacji, znalazłam coś co namieszało mi w głowie bardziej niż większość seriali które oglądałam w ciągu ostatniej dekady.
Mała uwaga zanim zaczniemy: serial ma ponad piętnaście lat, więc nie wiem czy w ogóle obowiązuje tu prawo do spojlerów, ale na wszelki wypadek uprzedzam, że poniżej pojawi się informacja co właściwie robi tytułowy zeszyt. Kto chce wejść w to całkiem na ślepo, niech przewinie do następnej sekcji.
O co chodzi w tym całym zeszycie śmierci
Death Note na pierwszy rzut oka wygląda jak mroczne anime o magicznym notesie. Po dziesięciu minutach okazuje się czymś dużo bardziej niepokojącym. Sam notes działa prosto i przerażająco zarazem: każdy, kogo imię i nazwisko zostanie w nim zapisane, umiera. Wystarczy znać twarz i prawdziwe imię osoby, reszta dzieje się sama. To jeden z tych pomysłów które brzmią banalnie dopóki nie pomyśli się ile codziennych konfliktów dałoby się „rozwiązać” jednym pociągnięciem długopisu, i właśnie to czyni go tak niepokojącym. I to nie jest historia o tym kto kogo przechytrzy, choć przechytrzania tam co niemiara. To opowieść o tym co się dzieje z człowiekiem kiedy dostaje władzę absolutną i zaczyna wierzyć że jego własny osąd stoi ponad wszystkim innym. Rozumiem teraz czemu ta seria wraca w rozmowach z taką regularnością. Nie dlatego że ma efektowny pomysł na fabułę, tylko dlatego że ten pomysł prowadzi do bardzo niewygodnych pytań, których nie sposób się pozbyć nawet po obejrzeniu napisów końcowych.
Light, czyli jak nie zostać przypadkowym bogiem
Centralną postacią jest Light Yagami, który znajduje wspomniany notes i od tego momentu hiszpana życie zaczyna przypominać powolny zjazd z górki bez hamulców. Na początku wygląda to całkiem szlachetnie. Inteligentny, ambitny chłopak, przekonany że świat jest pełen zła i ktoś w końcu musi wziąć sprawy w swoje ręce. Wpisuje do notesu wyłącznie tych, których uznaje za prawdziwe zło: przestępców, morderców, ludzi którzy zdaniem ogółu i tak powinni siedzieć w więzieniu, a nie chodzić po ulicach. I szczerze, na pierwszy rzut oka brzmi to nawet sensownie. Społeczeństwo pozbywa się zagrożeń, statystyki przestępczości lecą w dół, a ja sama łapię się na tym że w pierwszych odcinkach trzymam kciuki za Lighta, bo przecież kto by nie chciał świata bez morderców. Brzmi jak fajny początek filmu o superbohaterze, prawda?
Problem w tym że im bardziej rośnie jego poczucie sprawczości, tym menos zostaje miejsca na wątpliwości, empatię i jakiekolwiek granice. To poparcie które mu kibicowałam zaczyna się kruszyć dokładnie w momencie kiedy on sam przestaje stawiać sobie granice, czyli mniej więcej wtedy kiedy lista w notesie przestaje ograniczać się do oczywistych przestępców. Im dłużej oglądałam, tym bardziej miałam ochotę krzyknąć do ekranu „stary, ogarnij się”, co w sumie chyba jest dokładnie reakcją jaką twórcy chcieli wywołać.
Light to świetny przykład tego jak pycha potrafi całkowicie zastąpić moralność. Nie chodzi tylko o to że robi rzeczy złe, bo to akurat jest oczywiste nawet dla kogoś kto pierwszy raz w życiu ogląda anime. Chodzi o to że stopniowo przestaje traktować siebie jak zwykłego człowieka podlegającego tym samym zasadom co inni. Zamiast pytać czy coś jest słuszne, zaczyna pytać czy to pasuje do jego wizji świata. A kiedy ktoś dochodzi do punktu w którym własna wizja staje się ważniejsza niż ludzkie życie, władza przestaje być narzędziem. Staje się usprawiedliwieniem. I to chyba najbardziej przerażający moment całej serii, bo dzieje się powoli, krok po kroku, bez jednego wyraźnego momentu w którym można by powiedzieć „o, tutaj dokładnie zboczył z kursu”.
L, czyli przeciwwaga w bluzie
Druga strona tej historii to L, i to właśnie dzięki niemu całość nie jest zwykłą opowieścią o złoczyńcy i ścigającym go detektywie, tylko czymś znacznie ciekawszym. L jest niemal całkowitym przeciwieństwem Lighta, choć też nie jest jakąś czystą, jednoznacznie pozytywną postacią w stylu disnejowskiego księcia. Jest chłodny, tajemniczy, maksymalnie skupiony na prawdzie, do tego siedzi skulony w kuckach na krześle, jakby normalne siedzenie na krześle było dla niego stratą czasu.
Nie ma w nim ciepła, nie ma sentymentalizmu, ale jest coś znacznie ważniejszego: gotowość żeby nie pozwolić emocjom przesłonić faktów. L nie chce rządzić światem ani tworzyć nowego porządku. Chce po prostu złapać kogoś kto przekroczył granicę. I właśnie to czyni go tak ważnym, nie tylko jako przeciwnika fabularnego, ale jako zupełnie inny typ moralnej inteligencji. Light używa intelektu żeby usprawiedliwić dominację. L używa intelektu żeby dotrzeć do prawdy i ograniczyć przemoc. Jeden coraz bardziej wierzy że ma prawo osądzać innych. Drugi próbuje ustalić co jest naprawdę prawdą, zanim ktokolwiek zostanie osądzony.
Ta różnica sprawia że ich konflikt działa tak dobrze. To nie jest zwykły pojedynek sprytu, choć na pierwszy rzut oka tak właśnie wygląda. To starcie dwóch zupełnie różnych sposobów myślenia o świecie, i szczerze, ciężko mi było nie kibicować obu naraz, co chyba jest dokładnie tym efektem o który twórcom chodziło.
Trochę filozofii na boku
Mogłoby się wydawać, że Light to podręcznikowy przykład nietzscheańskiego „nadczłowieka”. Gość jest genialny, stoi ponad przeciętnością i sam ustala reguły gry. Brzmi dumnie, prawda? Tyle że gdyby sam Fryderyk Nietzsche usiadł do tego seansu, prawdopodobnie rzuciłby w Lighta pilotem.
U Nietzschego wielkość nie polegała na tym, że masz bicz i zaganiasz resztę ludzkości do swojej zagrody. Chodziło o samodoskonalenie, wewnętrzną siłę i tworzenie nowych wartości, a nie o ślepą dominację. Light tymczasem nie przekracza własnych ograniczeń. On po prostu przekracza granice innych ludzi. Nie buduje lepszego świata, tylko system, w którym to on trzyma wszystkich za gardło.
Różnica jest mniej więcej taka, jak między kimś, kto ciężko trenuje, żeby wygrać maraton, a kimś, kto po prostu podcina nogi wszystkim innym biegaczom, a potem stoi na podium sam, dumny jak paw. To nie jest nadczłowieczeństwo. To zwykły, napompowany narcyzm z magicznym notesem w ręku.
Dlaczego to wszystko działa, mimo wieku serialu
Dlatego właśnie Death Note jest tak interesujący na poziomie moralnym i filozoficznym, mimo że ogląda się go ponad piętnaście lat po premierze. Seria nie podaje gotowej odpowiedzi, tylko ciągle stawia to samo pytanie: czy ktoś ma prawo stanąć ponad prawem jeśli wierzy że robi to dla dobra ogółu? I jeszcze trudniejsze: co się dzieje kiedy taka osoba zaczyna wierzyć że tylko ona naprawdę rozumie świat? Wtedy sprawiedliwość bardzo łatwo zamienia się w kontrolę, a kontrolu w pychę. To już nie jest naprawianie rzeczywistości. To jej podporządkowywanie.
Owszem, wizualnie widać że to produkcja z innej epoki. Owszem, druga połowa fabuły jest dla wielu mniej intensywna niż pierwsza, i ja też to odczułam. Ale najważniejsze elementy nadal działają bez zarzutu: napięcie, psychologia, moralny niepokój i ten dziwny, nieprzyjemny komfort oglądania dwóch genialnych ludzi z których każdy chce wygrać, tylko że każdy rozumie zwycięstwo zupełnie inaczej.
Czyli jednak coś w tym anime jest
Wchodząc w ten świat spodziewałam się migających kolorów i krzyków. Wyszłam z niego z pytaniami o naturę władzy, sprawiedliwości i tego jak łatwo inteligencja bez pokory potrafi zamienić się w moralny autorytaryzm. Nie trzeba być potworem od początku żeby nim zostać. Czasem wystarczy zbyt mocno uwierzyć że własna wizja świata jest tą jedyną słuszną.
Teraz przynajmniej kiedy ktoś na streamie rzuci że jakaś sytuacja jest „bardzo Light Yagami”, będę wiedziała o co chodzi. Mam więc plan na kolejne wieczory i chyba właśnie straciłam prawo do mówienia że anime jest dla dzieci.


