Sprzątanie, które zmienia życie… i zawartość twojej szuflady
W ostatnich latach sprzątanie przestało być zwykłym machaniem mopem, a stało się filozofią życia. Metoda KonMari, minimalizm, styl skandynawski, a nawet makabryczne w nazwie „sprzątanie po śmierci”. Wszystko to brzmi trochę jak modne hasła z Instagrama, ale w praktyce dotyka czegoś bardzo przyziemnego: naszej nieustannej walki z bałaganem i rzeczami, których mamy za dużo.
KonMari – czyli czy twoje skarpetki dają ci radość?
Marie Kondo wymyśliła pytanie, które stało się globalnym testem na bałagan: „Czy to daje ci radość?”. I nagle okazuje się, że połowa rzeczy w domu nie tylko nie daje radości, ale wręcz ją wysysa.
Ja na przykład pewnego dnia postanowiłam przejść przez szufladę z bielizną. Zamiast oświecenia, dostałam załamania nerwowego: rajstopy z dziurą, stanik, który pamięta lepsze czasy, i majtki „na wszelki wypadek”, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Zgodnie z zasadami KonMari powinnam była podziękować im za wspólnie spędzone lata i wyrzucić. A ja? Złożyłam je starannie w kosteczkę i schowałam z powrotem, bo „może się przydadzą”.
Serial na Netflixie próbował sprzedać sprzątanie jako terapię. I pewnie działa. Jeśli ktoś naprawdę potrafi się pozbywać rzeczy. Ja po seansie bardziej miałam ochotę na drzemkę niż na porządki.
Minimalizm czyli mniej znaczy więcej (dopóki nie odkryjesz Temu)
Przez długi czas byłam całkiem niezłą minimalistką. Miałam ograniczoną garderobę, żadnych zbędnych bibelotów, wszystko proste i funkcjonalne. I to działało, dopóki nie odkryłam zakupów online… oraz włóczki.
Najpierw przyszło kilka „niewinnych” przesyłek z ubraniami. Potem parę motków, żeby „tylko spróbować nowy wzór”. Aż nagle szafa zaczęła wyglądać jak magazyn outletu, a półki z włóczką pękają w szwach niczym Tetris na najwyższym poziomie. Minimalizm? Owszem, ale teraz tylko na Pintereście.
I właśnie wtedy wjechała filozofia wabi-sabi. To japońska sztuka doceniania prostoty i niedoskonałości. Zamiast frustrować się, że moja szafa nie wygląda jak z katalogu „Styl skandynawski”, mogę teraz stwierdzić, że to artystyczny chaos z duszą.
Według wabi-sabi piękno tkwi w tym, że coś jest trochę nieidealne. Jak mój ulubiony sweter z dziurą w rękawie albo stos włóczki, który przypomina bardziej nowoczesną rzeźbę niż porządek. A skoro Japończycy wymyślili nawet kintsugi, czyli naprawianie ceramiki złotem, żeby podkreślić jej pęknięcia, to może i moje niedomknięte półki z włóczką zasługują na medal zamiast krytyki.
Skandynawski porządek – hygge kontra plamy z kawy
Styl skandynawski też pięknie wygląda na zdjęciach: jasne wnętrza, drewno, prostota, rośliny w ceramicznych donicach. Wszystko takie czyste, że aż się chce siedzieć i oddychać.
Problem w tym, że w realnym życiu biała pościel szybko zmienia kolor na kawa z mlekiem, a minimalistyczny stół z Ikei zaraz i tak zagracisz książkami, pilotami i jednym tajemniczym kablem, którego nikt nie ma odwagi wyrzucić, bo „a może jednak od czegoś jest?”.
Ja kiedyś spróbowałam urządzić sypialnię w stylu „Nordic hygge”. Efekt? Po dwóch tygodniach było tak „hygge”, że nie wiedziałam, gdzie się kończy biała ściana, a zaczyna pościel.
Cleanfluencing – sprzątanie na pokaz
Zauważyłam że w mediach społecznościowych pojawił się ostatnio nowy trend cleanfluencing. Ludzie pokazują, jak sprzątają swoje domy, a miliony ludzi oglądają to jak serial kryminalny. Niby nic wielkiego, a jednak wciąga. Jest w tym coś satysfakcjonującego, gdy na twoich oczach bałagan zamienia się w błyszczący porządek a ty nawet się nie spociłaś. Szkoda że to nie dotyczy mojego własnego bałaganu. W tym akurat przypadku, choć lubię sprzątać, to jednak już nie daje takiej samej satysfakcji jak oglądanie. Szczególnie, gdy na błyszczącą podłogę wpada ci szczęśliwy pies z ubłoconymi łapkami kompletnie ignorując wysiłek jaki właśnie włożyłaś w porządki.
Sama złapałam się na tym, że potrafię oglądać, jak ktoś czyści fugę szczoteczką do zębów. To jest ten moment, w którym orientujesz się, że twoje życie nie jest aż tak ekscytujące, skoro cieszy cię plama znikająca na filmiku.
Sprzątanie po śmierci – makabra z logiką
Szwedzi poszli o krok dalej i wymyślili döstädning (death cleaning), czyli „sprzątanie po śmierci”. Brzmi jak horror, ale to praktyka całkiem rozsądna: uporządkuj swoje rzeczy za życia, żeby twoi bliscy nie musieli po twojej śmierci przekopywać się przez stosy pamiątek, kabli i torebek foliowych.
Jak sobie o tym pomyślałam, to pierwsze, co przyszło mi do głowy, to moja szuflada „przydasi”. Tam jest wszystko: guziki, baterie nie wiadomo czy działające, druciki od słuchawek, trzy stare piloty, z których żaden nie pasuje do obecnego telewizora. I teraz wyobrażam sobie, że ktoś kiedyś to otwiera i zastanawia się, czy to artefakty kultury, czy po prostu śmieci.
Konsumpcjonizm – chomikujemy na potęgę
Skąd w ogóle te wszystkie rzeczy? Ano z tego, że żyjemy w epoce konsumpcjonizmu. Kupujemy, bo promocja, bo inni mają, bo nuda, bo internet kusi darmową dostawą.
Efekt? Dom pełen rzeczy, których nie używasz. Sama miałam kiedyś fazę na książki. Kupowałam szybciej, niż czytałam. Półki pękały w szwach, a ja miałam wyrzuty sumienia, że „no przecież jeszcze tyle przede mną”. I teraz wyobraź sobie tego biedaka, który po mojej śmierci będzie musiał decydować: czy to wszystko zostaje, czy lecimy z tym na makulaturę. Oczywiście o mojej szafie pełnej ubrań i półkach zawalonych włóczką już nie wspominam, bo zaczyna się robić nudno.
Hoarding – czyli „nie wyrzucę, bo się przyda”
Na końcu skali jest hoarding, czyli patologiczne zbieractwo. To już nie jest kolekcja ubrań czy włóczki. To mieszkanie, w którym nie ma gdzie usiąść, bo każda powierzchnia jest zastawiona czymś „potrzebnym”.
Ja mam w rodzinie takiego klasycznego przedstawiciela tego gatunku. Kiedyś zbierał magazyny elektroniczne, a dziś jego piwnica i garaż są tak zawalone „przydasiami”, że prowadzi przez nie tylko jedna wąska ścieżka. Reszta to góry pudeł, śrubek, kabli i sprzętów, które na pewno się kiedyś przydadzą. Efekt? Nie da się tam znaleźć absolutnie niczego. Nawet on sam już czasem zapomina, co dokładnie ma, ale wyrzucić? Nigdy w życiu.
Każdy zna taką osobę, która zbiera torby foliowe, bo „przydadzą się na śmieci”. Albo kartony po telefonach, bo wiadomo, telefon bez kartonu to jak pies bez ogona. Sama kiedyś miałam szafkę pełną papierowych toreb z różnych sklepów. „Na prezenty”. Ostatecznie i tak nigdy nie pasowały do okazji, więc kupowałam nowe.
Morał: sprzątaj teraz, niech inni mają lżej
Sprzątanie, czy to KonMari, minimalizm, skandynawski styl, cleanfluencing, czy nawet „death cleaning”, sprowadza się do tego samego: mamy za dużo i nie umiemy się tego pozbyć.
I chociaż nie każdy jest gotowy wyrzucić połowę swojego dobytku, to może warto chociaż zajrzeć do tej jednej szuflady i zapytać siebie: czy naprawdę potrzebuję piętnastego kabla USB, czy tylko mam słabość do kabli?
Bo jeśli nie zrobisz tego ty, to kiedyś zrobi to ktoś inny. I to on będzie się zastanawiał, czy twoja kolekcja paragonów z 2012 roku to pamiątka rodzinna, czy po prostu śmieci.
⸻
Masz swoje „wstydliwe skarby”, których nie umiesz wyrzucić? Pochwal się w komentarzu – im bardziej absurdalne, tym lepiej. Terapeutycznie i śmiesznie w pakiecie.



