
Ravelry, czyli jak (znów) wpaść w włóczkową obsesję
Wszystko zaczęło się niewinnie. Jak zawsze.
Odkryłam Ravelry. Podeszłam do tego z dystansem, bo na początku wszędzie widziałam same płatne schematy, a że jestem na etapie przypominania sobie, jak właściwie działa szydełko i do czego służą druty (poza samoobroną), to nie bardzo miałam ochotę wydawać pieniądze na coś, czego nawet nie będę w stanie rozszyfrować.
Bo wiecie, klasyczne szydełkowe schematy – te z kreskami, kółkami i tajemniczymi zygzakami – to jeszcze ogarniam. Ale jak zobaczyłam wzory zapisane w postaci tajemniczych skrótów, to przez chwilę myślałam, że przypadkiem kliknęłam w jakiś poradnik dla hakerów. „Kfb, p2tog, yo, sl1k2togpsso” – czy to jest szydełko, czy zaklęcie z „Harry’ego Pottera”? Nie wiadomo.
Ale potem odkryłam, że istnieje cała sekcja darmowych wzorów. I to był mój błąd.
ZNALEŹĆ TYSIĄCE DARMOWYCH WZORÓW NA RAVELRY TO JAK OTWORZYĆ DRZWI DO INNEGO WYMIARU.
Zaczęło się od niewinnego przejrzenia kilku projektów. Potem wciągnęło mnie na godzinę. Potem na dwie. Potem na cały wieczór. A potem ocknęłam się dwa dni później, z oczami przekrwionymi od ekranu, otoczona zapisanymi wzorami i z wewnętrzną pewnością, że nigdy w życiu nie zdążę zrobić wszystkich rzeczy, które planuję… ale to wcale mnie nie powstrzyma.
Fazy uzależnienia od Ravelry:
1. Odkrycie strony – „Hmm, no fajne rzeczy, ale to pewnie nie dla mnie.”
2. Przeglądanie darmowych wzorów – „O, to wygląda łatwe! A to urocze! A to… WOW!”
3. Tworzenie profilu – „Czuję się profesjonalnie.”
4. Dodawanie włóczek do katalogu – „Teraz już nigdy nie kupię dwa razy tej samej włóczki przez przypadek! Hahaha, kto by pomyślał…” (kupuje drugi identyczny motek tydzień później)
5. Przeglądanie wzorów przez 12 godzin bez przerwy – „Chyba muszę zamówić więcej włóczki.”
6. Ekscytacja na myśl o robieniu nowych rzeczy – „W tym tempie do końca roku będę mieć ręcznie robioną garderobę jak skandynawska influencerka!”
7. Przypomnienie sobie, że życie istnieje – „Czy ja w ogóle jadłam dzisiaj obiad?”
8. Uświadomienie sobie, że nie ma szans na zrobienie wszystkiego – „A może tak rzucić pracę i zająć się dzierganiem na pełen etat? Tak, to brzmi rozsądnie.”
Ilość pomysłów, które mi przyszły do głowy, jest przytłaczająca.
Jeśli rzeczywiście spróbuję je wszystkie zrealizować, to mam trzy scenariusze:
1. Zbankrutuję na włóczkach. (Serio, czy ktoś prowadzi jakieś fundusze ratunkowe dla uzależnionych od przędzy?)
2. Moja szafa stanie się magazynem dla dzierganych ubrań. (Czy to źle? Nie. Czy mój dom zmieni się w muzeum swetrów? Tak.)
3. Rodzina znów zacznie na mnie krzywo patrzeć. („Nie, mamo, nie potrzebuję piątego szydełkowego szalika. Naprawdę.”)
A może wszystkie trzy naraz?
I tak oto robię teraz TRZY projekty jednocześnie.
Czemu? Bo jak przystało na osobę z ADHD, moja zdolność do skupienia się na jednej rzeczy jest mniej więcej taka jak u wiewiórki na espresso. Jeden dzień robię sweter, następnego dnia nagle MUSZĘ zacząć chustę, a potem, oczywiście, znajduję absolutnie niezbędny dla mojego życia wzór na słodkiego pluszaka i wszystko inne idzie w odstawkę.
Czy to zdrowe? Nie.
Czy mnie to powstrzyma? Absolutnie nie.
W każdym razie, jeśli mnie szukacie, to prawdopodobnie siedzę w kącie, otoczona motkami, dziergam coś w totalnym transie i przekonuję samą siebie, że „to ostatni projekt, potem już nic nowego nie zaczynam”.
Oczywiście, do następnego kliknięcia w „darmowe wzory”.




