
Jak Temu przejęło mój portfel, moją godność i połowę mojego wolnego czasu
Odkąd odkryłam amigurumi, moje życie to jedno wielkie polowanie na tanią włóczkę. Bo przecież nie mogę się zatrzymać na jednym misiu – teraz muszę zrobić smoka, ośmiornicę, dinozaura i kompletny zestaw szydełkowego sushi. Problem w tym, że włóczka kosztuje, a moje konto bankowe nie jest zachwycone perspektywą wydawania na nią równowartości czynszu.
Więc co robi człowiek w mojej sytuacji? Idzie szukać tanich alternatyw w internecie.
I tak właśnie wpadłam w sidła Temu.
Temu – sklep, który czai się w ciemności
Temu było jak natrętny duch z horroru. Google wciskało mi je przy każdej okazji. Nieważne, czy szukałam odpowiedzi na pytania programistyczne, kodów do gier, czy przepisu na bigos – Temu było tam, czyhało w reklamach, kusiło promocjami, mrugało do mnie z boku ekranu jak podejrzany typ w ciemnej uliczce.
Zawsze je ignorowałam.
Bo wszyscy mówili, że to dziwna, podejrzana strona. Że:
• Rzeczy są tak tanie, że trudno uwierzyć. – Bo jeśli coś kosztuje 5 zł, to albo znalazłam najlepszą okazję życia, albo właśnie kupuję produkt, który rozpadnie się od samego patrzenia.
• Jakość to loteria. – Czasem dostajesz coś całkiem niezłego, a czasem coś, co wygląda jakby było składane przez niewyspane elfy w ciemnej piwnicy.
• Dostawa trwa wieczność. – Wysyłka niby „5-10 dni”, ale w praktyce paczka zwiedza więcej krajów niż ja przez całe życie.
Ale jednak… te ceny!
„Wejdę tylko na chwilę” – czyli jak zaczęło się moje uzależnienie
W końcu stwierdziłam, że dobra, sprawdzę. Co może się stać?
No więc pierwszy błąd: weszłam.
Drugi błąd: dałam się nabrać na kupon dla nowego użytkownika.
Trzeci błąd: zobaczyłam loterię na kolejne rabaty.
Czwarty błąd: darmowe prezenty!!!
Jeszcze zanim w ogóle znalazłam włóczkę, już miałam pięć rzeczy w koszyku.
Kupowanie rzeczy, o których istnieniu nie wiedziałam 5 minut wcześniej
W końcu znalazłam to, czego faktycznie szukałam… oraz kilka innych rzeczy, które nagle stały się absolutnie niezbędne do mojego dalszego funkcjonowania na tym świecie.
• Lampki słoneczne imitujące pnące bluszcze – bo dlaczego nie?
• Organizer pod biurko, który podobno zmieni moje życie – spoko, moje szuflady to czarna dziura, więc może warto spróbować czegoś innego.
• Drukarka bez tuszu – czy to w ogóle możliwe?
• Szydełkowe znaczniki w kształcie małych kociaków – bo zwykłe są nudne, a ja mam teraz standardy.
• Podejrzanie tanie druty dziewiarskie – czy ja w ogóle robię na drutach? Nie. Czy teraz zamierzam zacząć? Tak.
W końcu, modląc się, żeby nie dostać paczki pełnej bezużytecznych śmieci, kliknęłam „zamów”.
I wtedy Temu pokazało swoją prawdziwą twarz.
Psychologiczne tortury na poziomie eksperckim
Następnego dnia dostałam powiadomienie: Twoja paczka zmieniła status!
Oczywiście weszłam sprawdzić. I co? Kolejne promocje, kolejne kupony, kolejne loterie. I znów coś zamówiłam.
Kolejnego dnia próbowałam być mądrzejsza. Nie sprawdzam statusu paczki. Jak przyjdzie, to przyjdzie.
Ale potem przyszło kolejne powiadomienie: „Masz darmowy prezent! Masz godzinę, żeby go odebrać!”
Więc oczywiście znowu weszłam.
A potem było „Tylko dziś rabaty do 90%!!!” i „Zgarnij drugi produkt za 1 grosz!”
I tak minął kolejny dzień, a ja miałam w koszyku kolejne rzeczy, które nagle wydały się absolutnie kluczowe dla mojego przetrwania.
Wtedy zrozumiałam, że to pułapka.
Walka o wolność (i resztki zdrowego rozsądku)
W końcu podjęłam dramatyczną decyzję: odinstalowałam Temu.
Nie na moje nerwy.
Nie na mój portfel.
Nie na moje słabe instynkty zakupowe.
Czy moje paczki w ogóle dotrą? Nie wiem.
Czy dostanę w nich rzeczy, które wyglądają tak jak na zdjęciach? Prawdopodobnie nie.
Czy jestem gotowa na rozczarowanie? Nie, ale cóż, to już się stało.
Morał tej historii?
Jeśli myślisz, że masz silną wolę i dasz radę wejść na Temu „tylko po jedną rzecz” – HAHAHA. Nie, nie dasz rady.




