Czarno biała ilustracja kobiety robiącej na szydełku otoczonej pluszakami
Blog,  Hobby,  Robótki ręczne

Amigurumi, czyli moje przygody z pluszakami

Szydełkowanie to moja forma medytacji. I od razu spieszę z wyjaśnieniem. Nie chodzi o żadne siedzenie w pozycji lotosu ze świeczką i intonowaniem „ommm”. Chodzi o to, że przez kilka dobrych godzin mogę się skupić wyłącznie na tym, co mam w rękach, i z czystym sumieniem olewać resztę świata. Nawet jeśli ten świat akurat domaga się obiadu.

Zazwyczaj jednak moja medytacja ma pewien rozmach. Koce, ubrania, obrusy, czyli rzeczy, przy których dłubię tygodniami, które wymagają liczenia, przymiarek i cichego przeklinania w momencie, gdy okazuje się, że jednak pięć rzędów temu dodałam jedno oczko za dużo i teraz cała geometria leży w gruzach.

Amigurumi to zupełnie inny świat. Małe, szybkie, wybaczające błędy. Idealne na przerwę od wielkiej, rozłożystej narzuty albo w sytuacji, gdy potrzebuję czegoś do podarowania, a nie mam ani czasu, ani cierpliwości, ani wystarczająco mocnych nerwów na kolejny sweter. I tak jakoś niepostrzeżenie, najpierw jeden, potem drugi, uzbierało mi się ich kilka.

Miś testowy, który zmienił zawód

Pierwsza sztuka to miś, który w ogóle nie miał być prezentem. On miał być wykorzystaniem testowej włóczki. Tak, wiem że włóczkę można wykorzystać w inny, bardziej rozsądny sposób. Można zrobić próbkę, ściereczkę, kawałek do sprucia, małą serwetkę, podkładkę pod kubek. Można też po prostu zrobić kilka rzędów i zobaczyć, jak materiał leży. Ale ja i ściereczki z włóczki mamy nierozwiązany konflikt światopoglądowy. Nie widzę w nich sensu, nie widzę w nich przyszłości. Prucie natomiast, jak wiadomo, zawsze odrobinę niszczy włókno. No więc zrobiłam misia.

Małego, szybkiego, dla testu. Dał mi wszystkie potrzebne informacje o włóczce, a ostatecznie wylądował u jednej z córek. Wszyscy wygrali: ja zdobyłam wiedzę, córka dostała pluszaka, a ściereczka nie ujrzała światła dziennego. Uważam to za sukces pod każdym względem.

Myszka Minnie i lekcja pokory, którą dostałam w prezencie

Sąsiedzi mają trzyletnią córkę, która jest absolutnie, totalnie i bez żadnego marginesu negocjacyjnego zafascynowana Myszką Minnie. Dziewczynka ogląda wyłącznie bajki z jej udziałem, przebiera się za nią, posiada już kilka pluszakowych wersji w różnych rozmiarach i prawdopodobnie śni o niej po nocach. Jestem głęboko przekonana, że gdyby mogła, zarejestrowałaby się jako członek rodziny Myszki Minnie w urzędzie stanu cywilnego.

Postanowiłam dołożyć się do tego pięknego szaleństwa i na urodziny zrobić własną interpretację.

Projekt okazał się koszmarem i mówię to bez cienia przesady. Amigurumi nie jest moją specjalnością, a Myszka Minnie ma tak charakterystyczny wygląd, że nie można sobie pozwolić na zbyt dużą twórczą swobodę. Bo jest bardzo cienka granica między „och, jaka piękna Myszka Minnie!” a „co to za niewyjaśniony gryzoń w kokardce i dlaczego się na mnie patrzy?”.

Przejrzałam kilkanaście schematów, odbyłam długie sesje wpatrywania się w zdjęcia z Google i doszłam do wniosku, że wszyscy robią to trochę inaczej, co oznacza, że właściwie każda wersja jest dobra, póki nikt nie zacznie porównywać. Znalazłam w końcu satysfakcjonujące rozwiązanie. Dziecko było zachwycone, sąsiadka pod ogromnym wrażeniem, a jej mąż nawet nie zorientował się, że to ręcznie robione. Typowy facet. Gdyby pluszak miał pilot albo wbudowany otwieracz do piwa, może by się zainteresował.

Ja osobiście bym się przyczepiła do kilku szczegółów. Ale na tym chyba polega różnica między twórcą a odbiorcą. Twórca widzi każdy krzywy ścieg i nie śpi po nocach. Odbiorca widzi pluszaka, cieszy się i idzie dalej. Zdrowe podejście. Szczerze zazdroszczę.

Ogórek i warzywniakowi szaleństwo

Przy okazji tematu amigurumi nie mogę nie wspomnieć o ogórku i całej reszcie warzywniaka, choć o tej historii pisałam już wcześniej i nie zamierzam się powtarzać. Kto nie czytał wie, co robić.

Kura, kaczor i kryzys tożsamości, o którym nikt nie chciał rozmawiać

Potem ktoś zamówił kurę. Wisiorek do kluczy w kształcie kury. Ludzie lubią różne rzeczy i zdecydowanie nie mi to oceniać. Każdy ma prawo do swojej kury, czy ogórka. To wolny kraj.

Dostałam kilka zdjęć poglądowych, dorzuciłam własną wizję artystyczną i efekty były… cóż, nie do końca takie jak oczekiwałam. Wyszło coś, co szczerze mówiąc bardziej przypominało kaczora niż kurę. Nawet ja, mistrzyni autosugestii i przekonywania samej siebie że wyszło dobrze, musiałam stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie wprost: „to nie jest kura. To jest kaczor w kryzysie tożsamości i nie oszukujmy się nawzajem”.

Odłożyłam zdjęcia, westchnęłam głęboko i zdana wyłącznie na własną intuicję stworzyłam wersję drugą. Znacznie bardziej kurzą. Z czego byłam dumna i trochę zła na samą siebie, że za pierwszym razem poszłam na łatwiznę. Obie wersje się podobały, więc ostatecznie wyszłam na tym całkiem nieźle. Zamiast jednej kury dostarczyłam dwie i nikt nie narzekał na przypadkowego kaczora.

Żaby dla żab

Ostatni projekt był za to czystą przyjemnością od początku do końca. Córka oznajmiła, że zbliżają się urodziny jej znajomych, których w ich towarzystwie, z niewyjaśnionych przyczyn, nazywają Żabami. Nie pytałam dlaczego. Może rechoczą na imprezach, może skaczą od tematu do tematu, a może lubią mokre skarpety. Albo to jeden z tych przydomków, których geneza ginie w mrokach historii i nikt już nie pamięta, skąd się wziął, ale wszyscy go używają.

W każdym razie córka chciała dać im wisiorki do kluczy w kształcie żaby. Zajęło mi to może godzinę. Dosłownie. Wiedziałam, że to prezent dla chłopaka i dziewczyny, więc zaszalałam i dziewczyna-żaba dostała dodatkowo kwiatek, bo jednak wypada, żeby żaba odrobinę wyróżniała się z tłumu. Córka najpierw się roześmiała, potem powiedziała, że idealnie trafiłam w to, co sobie wyobrażała, i że jest pewna, że wszystkim się spodobają i że pewnie za chwilę będę musiała robić ich więcej.

Czemu nie. To dokładnie ten rodzaj projektu, który można sklecić, gdy nie wiadomo co z rękoma zrobić i nie chce się jeszcze wracać do swetra wiszącego w połowie roboty. Pluszaki na legalu.

A na horyzoncie majaczy coś, co może mnie zniszczyć

Generalnie amigurumi nie jest czymś, co uwielbiam, ale też nie jest to nic trudnego. Chętnie więc sklecę coś małego, gdy zajdzie potrzeba. Ostatnio jednak popełniłam błąd przeglądając Pinterest. Zobaczyłam tam zdjęcie szydełkowej lalki. Pięknej, szczegółowej, z włosami i ubrankiem i całą resztą, która sprawia, że normalne amigurumi wygląda przy tym jak ziemniak z kokardką. To prawdopodobnie AI bo tego wszędzie teraz pełno, ale…i to jest ten niebezpieczny moment – mam straszną ochotę sprawdzić, czy moje umiejętności są wystarczające, żeby coś takiego stworzyć.

To zdecydowanie nie wygląda na projekt na godzinkę. I raczej nie skończy jako wisiorek do kluczy. Czy to w ogóle jest w mojej lidze? Czy skończę z piękną lalką, czy z czymś, co będzie wyglądać jak ofiara eksperymentu naukowego z lat sześćdziesiątych?

Dam znać, jak ten pomysł faktycznie dojdzie do skutku. Albo, wariant bardziej prawdopodobny, jak skończy się spektakularną klapą i będę miała zupełnie inny wpis do napisania. Ten pod tytułem „Jak zrobić coś, czego nie powstydziłby się Salvador Dali, ale w złym znaczeniu”. Trzymajcie kciuki. Albo trzymajcie włóczkę. I tak będzie potrzebna.

Też chcę coś takiego!

Napisz o jaki rodzaj produktu ci chodzi. Możesz dodać tytuł wpisu z mojego bloga bym miała lepsze odniesienie o czym rozmawiamy. Szczegóły dopniemy w dalszej korespondencji.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Co o tym sądzisz? Dodaj komentarzx