Blog,  Filmo-Książki,  Hobby

Czwartkowy Klub Zbrodni, czyli staruszkowie z nosem do zbrodni i herbatą w dłoni

Zdarza się czasem, że trafi się książka, której nie da się czytać powoli. Tak właśnie było z serią „Czwartkowym Klubem zbrodni” Richarda Osmana. Niby kryminał, a jednak pełen ciepła, humoru i tej specyficznej brytyjskiej melancholii, która sprawia, że człowiek chce natychmiast rzucić wszystko i przenieść się do wioski pełnej emerytów o ciętym języku i podejrzanie dobrej znajomości procedur policyjnych.

Przeczytałam (znaczy wysłuchałam) wszystkie części niemal jednym tchem i to z absolutną przyjemnością. To ten typ historii, przy której herbata (albo kawa w moim przypadku) stygnie, a człowiek orientuje się, że od godziny siedzi z uśmiechem na twarzy i planuje emeryturę w domu opieki pod warunkiem, że będzie tam pokój obok Joyce.

Kim są bohaterowie

Joyce jest pielęgniarką na emeryturze i narratorką całej historii. Jej dziennikowe zapiski to złoto. Potrafi w jednym akapicie przejść od refleksji o śmierci do opisu ciasteczek, które właśnie upiekła. Jest ciepła, spostrzegawcza i odrobinę chaotyczna, w najlepszym możliwym sensie.

Elizabeth to była agentka wywiadu, która widziała więcej trupów niż przeciętny patolog. Zawsze opanowana, elegancka i piekielnie skuteczna. Gdyby ktoś próbował ją zabić, prawdopodobnie to ona skończyłaby z jego pistoletem i planem przejęcia jego firmy.

Ron to były działacz związkowy, człowiek o sercu z betonu i języku jak brzytwa. Marudzi, przeklina, ale gdy trzeba stanąć w obronie przyjaciół, nikt nie zrobi tego lepiej.

Ibrahim jest byłym psychiatrą, dokładnym, spokojnym i analitycznym. Analizuje ludzi jakby w głowie miał arkusz Excela, co czyni go najrozsądniejszym członkiem tej wesołej drużyny.

Bogdan to mój absolutny faworyt. Z jednej strony ma w sobie coś mrocznego i tajemniczego, z drugiej jest tak lojalny i troskliwy, że człowiek zaczyna się zastanawiać, jakim cudem jeszcze nikt nie postawił mu pomnika. To typ, który rozwiązuje problemy po cichu, z uśmiechem i szklanką herbaty w dłoni.

Książka po książce

Czwartkowy Klub zbrodni

Wszystko zaczyna się w spokojnym domu opieki Coopers Chase, gdzie czwórka emerytów spotyka się co tydzień, by rozwiązywać stare, nierozwikłane zbrodnie. Brzmi niewinnie, dopóki w okolicy nie ginie prawdziwy człowiek. Pierwsza część to czyste złoto: połączenie klasycznego brytyjskiego humoru z delikatną melancholią i refleksją o przyjaźni, która potrafi być silniejsza niż młodość.

Człowiek, który umarł dwa razy

Tym razem Elizabeth dostaje list od kogoś z przeszłości, kto wcale nie jest tak martwy, jak wszyscy myśleli. Pojawiają się diamenty, szpiedzy i lekko absurdalne sytuacje, w które tylko nasi emeryci potrafią się wpakować z takim wdziękiem. Joyce w tej części błyszczy jeszcze bardziej. Jej komentarze są jak małe cukierki: słodkie, ironiczne i w punkt.

Kula, która chybiła

Tutaj nasi bohaterowie zajmują się sprawą zaginionej dziennikarki. Wątek kryminalny wciąga, ale to emocje grają pierwsze skrzypce. Osman pozwala czytelnikowi zajrzeć w samotność, przemijanie i znaczenie przyjaźni. Bogdan rozwija się cudownie, a Joyce nadal z wdziękiem komentuje każdą sytuację, często kompletnie nie na temat.

Ostatni gasi światło

Najbardziej poruszająca część całej serii. Śmierć, strata i starość pokazane z ogromnym wyczuciem, bez patosu. Osman udowadnia, że potrafi pisać nie tylko zabawnie, ale też z czułością, która chwyta za gardło. To książka, po której trudno nie przytulić swojego kubka z herbatą trochę mocniej.

Niemożliwa fortuna

Nowa sprawa, nowy humor i nowe sekrety. Osman znów balansuje między lekkością a wzruszeniem. Joyce nie traci swojej energii, Elizabeth nie traci refleksu, a Bogdan… cóż, Bogdan jak zwykle robi wszystko lepiej niż policja. I ja zaczynam się martwić, co zrobię, gdy Osman skończy serię, bo nie można tak po prostu przestać pić herbaty z tymi ludźmi.

Netflix, filmowa adaptacja, ale czy tej samej książki?

No więc stało się. Netflix zrobił film na podstawie pierwszej części. I tak, to był moment, w którym złamałam swoje postanowienie o życiu bez Netflixa. Wróciłam. Dla nich. Dla Joyce, dla Bogdana, dla tej cudownej bandy staruszków, która rozwiązuje zbrodnie szybciej niż ja parzę herbatę.

Pierwsze minuty to czysta radość. Helen Mirren, Ben Kingsley, Pierce Brosnan, Celia Imrie. Wszyscy na ekranie, pełna klasa. Atmosfera jest, humor też, a dom opieki wygląda dokładnie tak, jak sobie go wyobrażałam.

Tylko że, jak to często bywa, coś jednak uleciało po drodze.

W książce to Joyce prowadzi narrację, ze swoim uroczym tonem i chaotycznymi dygresjami. W filmie tego zabrakło. Głos Joyce został rozdzielony między bohaterów i nagle historia zrobiła się za gładka. Krytycy piszą, że film jest przyjemny, ale „zbyt wypolerowany”, i trudno się z tym nie zgodzić. To trochę jak ciasto z idealnym lukrem, ale bez tej domowej kruchości, przez którą naprawdę chce się sięgnąć po dokładkę.

Nie zrozum mnie źle. Film ogląda się bardzo dobrze. Ma klimat, świetne dialogi i cudownie spokojne tempo. Ale jeśli zna się książkę, jeśli słyszało się w głowie głos Joyce i widziało Bogdana takiego, jakim naprawdę jest (człowieka z mrokiem w przeszłości i ciepłem w oczach) to na ekranie można poczuć lekki niedosyt. Wydaje mi się, że wszyscy bohaterowie tej książki w filmie zostali kompletnie spłyceni i stali się mniej interesujący. Niestety.

Najczęściej powtarzająca się opinia wśród widzów i krytyków jest taka, że to materiał na serial, nie film. I to prawda. Te historie potrzebują przestrzeni, by mogły oddychać, a Joyce zdążyła wspomnieć o swoim cieście w środku dochodzenia.

Mimo wszystko cieszę się, że powstał. Miło zobaczyć swoich bohaterów w ruchu, nawet jeśli zachowują się odrobinę inaczej niż w mojej głowie. Jednak Bogdana i to jak go zaprezentowano im nie wybaczę.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Opinie
Zobacz wszystkie
0
Co o tym sądzisz? Dodaj komentarzx