
Mistborn – rewolucja, religia i supermoce.
Nie wiem, czy też tak macie, ale czasem trafiam na książkę, która jest tak bardzo polecana, że czuję się moralnie zobowiązana ją przeczytać. Jakby każdy, kto tego nie zrobi, miał się któregoś dnia obudzić z literackim mandatem i karą dodatkową w postaci wiecznego spoilerowania. No i tak właśnie było z Mistbornem Brandona Sandersona.

Początek był… bolesny. Ciężki jak ołów. A że akurat w tym świecie ołów pewnie też da się spalić i wypluć w postaci supermocy, to pasuje (o tym za chwilę). Przez pierwsze kilka rozdziałów szłam jak przez błoto, z tą tylko różnicą, że błoto czasem jest bardziej emocjonujące.
Zmuszałam się do czytania przez kilka pierwszych rozdziałów – i w sumie tylko dlatego, że cały Internet jednogłośnie twierdził, że ta seria to złoto (a przynajmniej stop żelaza z czymś błyszczącym). I wiecie co? Mieli rację.
Gdzieś po drodze – nie wiem dokładnie gdzie, może w chwili, gdy bohaterowie zaczęli rzucać się po dachach niczym magiczne ninja – przepadłam. Zupełnie. Kolejne tomy pochłaniałam jak deser zrobiony z idealnie wyważonej fabuły, cudownie skrojonych bohaterów i tego wszystkiego, co sprawia, że człowiek przestaje spać, jeść i rozmawiać z ludźmi, bo musi tylko jeszcze jeden rozdział przeczytać.
Brandon Sanderson, jeden z czołowych przedstawicieli współczesnej literatury fantasy, w serii Mistborn (Z mgły zrodzony i kolejne) tworzy uniwersum, które nie tylko oferuje wartką akcję i unikalny system magii, ale przede wszystkim prowokuje do refleksji nad istotą władzy, tożsamości, zmian społecznych i moralnych kosztów rewolucji. Sam autor podkreśla:
“Każda dobra literatura nie tylko odzwierciedla nasz świat, ale też go komentuje” (Sanderson, Tor.com interview).
Seria, która obejmuje różne epoki – od feudalizmu po wiek przemysłowy – stanowi nie tylko kronikę epickich wydarzeń, ale także refleksję nad ludzką kondycją i ewolucją społeczeństwa.
Allomancja – super moce z metali
Allomancja to system magii którą posługują się bohaterowie książek Mistborn. Opiera się na spalaniu metali w żołądku – to jeden z najbardziej oryginalnych systemów, jakie widziałam. I co ważniejsze: on ma sens. Nie ma tu czarów typu „abrakadabra i nagle z nikąd pojawia się smok”, tylko raczej: „spalisz żelazo, możesz przyciągać się do metalu, spalisz cynk, możesz manipulować emocjami”.
Sanderson tłumaczy:
“Zależało mi, żeby magia była przewidywalna i logiczna – jak fizyka w naszym świecie. Taka, którą da się zrozumieć i przemyśleć strategicznie” (Sanderson’s First Law).
Magia w Mistbornie działa jak bardzo dziwna fizyka – i dzięki temu wszystko ma swoją logikę. Co więcej – jest też metaforą. Taką o władzy, społeczeństwie, możliwościach. Ale spokojnie – można to zignorować i po prostu cieszyć się fajerwerkami.
Vin: od przemykania się po rynsztokach do noszenia peleryny jak szefowa
Vin – główna bohaterka, którą na początku najchętniej by się przytuliło, dało herbatę i powiedziało: „kochanie, już dobrze, nikogo tu nie zabiją (chyba)”. A potem… nagle robi się z niej twarda, ogarnięta liderka, która nie tylko rzuca metalami jak Chuck Norris shurikenami, ale też myśli o tym, co znaczy mieć odpowiedzialność.
Jej ewolucja nie jest jednak prostą ścieżką od “nikogo” do “wybrańca”. Sanderson od samego początku podważa schemat mesjański, mówiąc:
“W każdej z tych książek celowo wziąłem jeden z elementów podróży bohatera i odwróciłem go do góry nogami” (Fantasy Faction Interview, 2011).
Vin nie jest klasyczną wybranką losu – staje się bohaterką nie dzięki przeznaczeniu, ale dzięki serii osobistych wyborów i doświadczeń.
Kelsier: charyzma, zemsta i lekka moralna szarość
Kelsier, mentor i rewolucjonista, odgrywa w trylogii kluczową rolę nie tylko jako nauczyciel Vin, ale także jako postać podważająca moralną czystość idei walki o wolność. Jego charyzma i determinacja są niezaprzeczalne, jednak jego metody stają się tematem wewnętrznego konfliktu.
Kelsier to taka postać, którą jednocześnie się uwielbia i ma się na niego ochotę krzyczeć. Jest uroczy, pewny siebie, charyzmatyczny… i momentami moralnie niebezpieczny. On walczy o wolność, jasne. Ale czy zawsze etycznie? Eee… powiedzmy, że “zależy, jak kto na to patrzy”.
Sanderson nie pozostawia wątpliwości co do celowego zaburzenia prostych podziałów moralnych:
“Zawsze interesowało mnie, co się dzieje, gdy idealistyczne cele zderzają się z realną polityką i taktyką” (Writing Excuses Podcast, Ep. 4.12).
Kelsier jest zatem figurą, która zmusza do pytania: czy rewolucja może być czysta moralnie?
Sanderson nie daje prostych odpowiedzi. I to jest piękne – bo pokazuje, że rewolucje są skomplikowane, a idealizm czasem gryzie się z rzeczywistością jak skarpetki z sandałami.
Sazed: ten, który nie rzuca monetami, ale i tak robi największy hałas
Sazed to zupełnie inna para kaloszy. On nie biega po dachach, nie kopie tyłków – ale zamiast tego nosi w sobie całą bibliotekę i jeszcze parę wątpliwości religijno-filozoficznych. To postać, która myśli, zadaje pytania, szuka sensu w świecie, który ma tendencję do bycia… no cóż, totalnie rozwalonym.
To właśnie przez niego Mistborn momentami robi się zaskakująco głęboki – taki, że człowiek nagle odkłada książkę i zaczyna się zastanawiać nad własnym systemem wartości. A potem wraca do sceny, gdzie ktoś spada z wieży, żeby zabić kogoś z gracją baletnicy.
Era Druga: rewolucja przemysłowa, kapelusze i broń palna
W drugiej części sagi (czyli po Bohaterze Wieków, nie będę spoilerować, ale uff) przenosimy się do świata, który przypomina takie steampunkowe dzikie zachody. Jest więcej pistoletów, mniej peleryn, ale dalej sporo magii i mnóstwo problemów społecznych.
Wax i Wayne (tak, jak Batman, tylko bez Batmobilu) biegają po ulicach miasta, rozwiązują zagadki kryminalne, rzucają sucharami i nadal ratują świat – tylko teraz przy okazji muszą ogarnąć podatki i politykę.
Świat Mistborna się zmienia – i to nie byle jak, tylko jakby naprawdę przeszedł kilka epok historycznych. I to jest niesamowite. Bo nagle fantasy zaczyna wyglądać jak coś… żywego.
Jak mówi sam autor:
“Chciałem napisać serię, w której widać prawdziwy postęp – od średniowiecza, przez urban fantasy, aż po science fiction. W jednym i tym samym świecie” (The Verge Interview, 2015).
Ta wizja sprawia, że Mistborn wyróżnia się spośród innych sag fantasy – jego świat nie stoi w miejscu. Ewoluuje.
Warto?
To jest historia o wolności, o wyborach, o tym, że zmiany społeczne są trudne i nikt nie wygrywa ich bez strat. A przy okazji są w niej świetni bohaterowie, epickie sceny walki, rozbudowany świat i masa momentów, które robią „wow”.
Czy to książki dla każdego? Nie wiem. Jeśli ktoś oczekuje od fantasy wyłącznie smoków i mieczy, to może się zdziwić. Ale jeśli lubisz historie, które nie boją się zadawać trudnych pytań i jednocześnie pozwalają odpocząć od rzeczywistości – to Mistborn jest właśnie dla Ciebie.
A jeśli też się przez pierwszy tom męczysz – to spokojnie. Warto. Serio. Daj temu chwilę. A potem się nie zdziw, jak nagle będziesz o 3 w nocy czytać z wypiekami: “Jeszcze tylko jeden rozdział…”




