Blog

Rodzinne Najazdy i Cisza Codzienności

Dawno nic nie pisałam na bloga, bo miałam najazd. Taki prawdziwy, żywy, ludzki najazd. Nie Wikingowie, nie Tatarzy, ale coś znacznie bardziej intensywnego — rodzina.

Piszę to w przerwie między jednym przyjazdem a drugim, trochę jak gospodarz w pensjonacie, który na chwilę siada, wyciera pot z czoła i myśli „kto następny?”. Takie życie, kiedy mieszkasz daleko od rodziny i znajomych… i dodatkowo w miejscu powszechnie uznawanym za turystyczne. Czyli coś pomiędzy „sielską oazą relaksu” a „przyjedź, zrób generalny remont i przemeblowanie w pięć dni”.

Odcinek I – ADHD: The Musical

Pierwsza fala gości: dwie osoby. Kochane, uwielbiane, bliskie memu sercu… i o charyzmie godnej Napoleona po espresso. Do tego z ADHD tak intensywnym, że jestem pewna, iż ich zegarki mierzą czas w sekundach pszczół miodnych.

Cisza? Spokój? Słońce?

Phi!

Słońce jest tylko po to, by lepiej widzieć kurz na szafce i brud w zakamarkach pralki. Opalanie trwało 10 minut, po czym zaczęli sprzątać, naprawiać, wiercić, przekładać i instalować rzeczy, których nie używam, nie potrzebuję lub nawet nie wiedziałam, że mam. Kamera do auta, którą kupiłam pół roku temu “na kiedyś”, nagle magicznie wylądowała na szybie. Bo przecież jak to tak – coś jest i nie działa?

Ich motto życiowe?

„Odpoczynek to fikcja. Prawdziwa rozrywka to efektywność.”

Odcinek II – Slow Motion i Syndrom Cienia

Po ich wyjeździe miałam tydzień przerwy. W teorii: na odpoczynek psychiczny. W praktyce: na uciszenie mózgu, który wciąż rezonował dźwiękiem odkurzacza i pytaniami w stylu „a może przemalujemy werandę?”.

Potem przyjechała kolejna osoba – znów bardzo bliska, ale totalne przeciwieństwo poprzedników. Tym razem miałam wrażenie, że życie przeszło na tryb slow-mo.

Każdy dzień zaczynał się i kończył wspólnie. A w środku… również wspólnie. Trochę jakbym adoptowała ludzką wersję kota, który zamiast leżeć na laptopie, leży na… wszystkim, co robię.

Momentami myślałam, że będziemy chodzić razem do toalety. Żeby nie tracić kontaktu wzrokowego. Dla pewności.

I wiecie co?

Po ADHD-duecie myślałam, że nic mnie nie zmęczy bardziej.

Otóż: plot twist.

Intensywna obecność 24/7 też potrafi wysysać energię. Tylko robi to wolniej. Jak upierdliwy komar, który nie bzyczy, ale też nigdy nie odlatuje.

Odcinek III – Nadchodzi Burza (czyli Kolejna Wizyta)

W tej chwili mam chwilę przerwy. Ale czuję już drżenie w ziemi. Nadciąga kolejna fala: duet z rodziny plus moja przyjaciółka od lat. Wszyscy znowu z ADHD. Już słyszę w wyobraźni odgłos przestawianych mebli i pytania „czemu jeszcze nie pomalowałaś sufitu w łazience?”.

Odpowiedź?

„Bo patrzę w dół, kiedy się myję. A nie w sufit. To działa od lat.”

Nadciągają Rodzice. 

Szacunek i panika w jednym.

A za dwa miesiące – kulminacja sezonu: rodzice.

Rodzice to specyficzna forma gości.

Ich wizyta to miks radości, wzruszeń, wspomnień z dzieciństwa… i nieustannego poczucia, że coś robię źle.

Nie zdążą jeszcze wysiąść z samolotu, a ja już mam odruch poprawiania firanek i prasowania ręczników. Bo jak wiadomo – mama wie, kiedy ręcznik był źle złożony, nawet jeśli jest w zamkniętej szafce, za zamkniętymi drzwiami, w innym wymiarze.

Epilog: Ja. Koc. Herbata. I cisza.

Nie zrozumcie mnie źle. Kocham tych ludzi. Każdego z osobna. Ale też kocham moją rutynę. Ciszę. Moment, gdy w domu nic się nie dzieje, nic nie hałasuje, a jedyną dramą dnia jest „czy dzisiaj myję włosy, czy jeszcze nie czas?”.

Ten rok zrobił się bardzo towarzyski. Moje życie społeczne rozkwitło szybciej niż cebula w piwnicy w styczniu. I wiecie co?

Czasem fajnie.

Czasem męcząco.

Ale przede wszystkim — na pewno nie nudno.

I to by było na tyle. Wracam do mojego koca, zanim nadejdzie kolejny epizod tego rodzinnego sitcomu. A wy – trzymajcie kciuki. I może zapas melisy. Duuużo melisy.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Opinie
Zobacz wszystkie
0
Co o tym sądzisz? Dodaj komentarzx