Blog

Operacja ” Ucieczka z domu”

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, jak wygląda prawdziwy test introwertycznych umiejętności przetrwania, mam dla Was historię z dzisiejszego dnia. Możecie ją zaliczyć do kategorii: „Problemy pierwszego świata” albo „Kto by pomyślał, że nadmiar życzliwości może być koszmarem”.

Dziś był ten dzień. Dzień wielkiego sprzątania.

Wiecie, jak to jest – budzisz się rano i nagle masz w sobie tyle energii, że sprzątasz WSZYSTKO. Nie tylko to, co widać, ale nawet te miejsca, o których istnieniu zapomniałaś od 2017 roku.

Wstałam dziś o świcie. No dobra, może nie o świcie, ale na tyle wcześnie, by nazwać to „ranem” – co już samo w sobie zasługuje na medal. Oczywiście najpierw kawa i rytualne scrollowanie YouTube, bo przecież nie jestem jakimś robotem czystości. Trzeba się psychicznie przygotować na bitwy z kurzem.

Po odpowiedniej dawce internetowej motywacji przystąpiłam do akcji jak generał do wielkiej ofensywy. Pranie? Zrobione. Naczynia? Lśnią. Podłogi? Wyszorowane (choć woda w wiadrze po pierwszym myciu wyglądała jak esencja horroru). Szafki? Zorganizowane. Kurze? Unicestwione. Chwasty wokół domu? Wyrwane z korzeniami jak złe wspomnienia po byłym.

Koło pierwszej stałam dumnie pośród lśniących powierzchni, wdychając zapach płynu do podłóg zmieszany z aromatem świeżości. Czułam się jak bohaterka reklamy środków czystości. Brakowało tylko podkładu muzycznego i głosu lektora mówiącego „I wtedy odkryła nową formułę…”.

Ale wtedy nadeszła refleksja.

To sobota.

A to oznacza jedno.

SAMARIAN!

Dygresja – Samarian

Mamy sąsiada. Nazywa się Samarian. Człowiek o złotym sercu, hojnej dłoni i zerowym wyczuciu czasu oraz prywatności. Co weekend pojawia się u nas jak jakaś deus ex machina, dzierżąc talerze pełne jedzenia i nieodłączną butelkę wina. 

Samarian daje nam warzywa ze swojego ogrodu (nasza zamrażarka wygląda jak magazyn jadalnej zieleni), owoce z sadu, drewno do pieca, karmi jak babcia, która uważa, że 5 talerzy obiadu to dopiero przystawka i traktuje nas jak rodzinę. To bardzo miłe. I bardzo męczące.

Bo widzicie, jesteśmy introwertykami. Po tygodniu pracy marzy nam się weekend w pidżamach, gapienie się w sufit i absolutny brak interakcji społecznych. A tu co tydzień – niespodzianka! Samarian puka do drzwi, a my nie potrafimy powiedzieć „nie”. Jak odmówić człowiekowi, który stoi w drzwiach z talerzem pełnym jedzenia i uśmiechem od ucha do ucha?

Plan ewakuacji

W normalnych warunkach pewnie zostałabym w domu i z satysfakcją oglądała filmy w otoczeniu nieskazitelnej czystości. Ale dziś nie było normalnych warunków. Dziś musieliśmy zastosować strategiczną ewakuację.

Mężczyzna, w swojej mądrości, zaproponował natychmiastowe opuszczenie lokacji, zanim Samarian zdąży się zmaterializować w drzwiach z jedzeniem i winem.

Więc opracowaliśmy Plan. Plan z dużej litery. Plan godny misji niemożliwej. Celem było zmarnowanie jak najwięcej czasu poza domem, aby uniknąć cotygodniowej dawki społecznej interakcji i wina, którego nawet specjalnie nie lubimy.

Ucieczki część pierwsza – Horror na zakupach

Najpierw zabraliśmy psa na spacer, żeby nabrać alibi. Potem, w ramach desperacji, udaliśmy się do… najbardziej zatłoczonego sklepu na planecie.

Już od wejścia wiedziałam, że to zły pomysł. Ludzie stali na środku alejek, zagadani, jakby właśnie odkrywali sens życia, kompletnie blokując przejście albo kontemplujący puszkę kukurydzy przez 10 minut, jakby rozważali zakup domu, a nie warzywa w puszce. Miałam ochotę zawrócić na widok tego tłumu, ale Plan to Plan. Musieliśmy zmarnować czas.

Przeciskaliśmy się między nimi jak ninja, z miną pełną determinacji i desperacji, oglądając rzeczy, których w ogóle nie potrzebowaliśmy, tylko po to, żeby zyskać na czasie.

Ale to wciąż nie wystarczyło.

Ucieczka część 2 – Spacer kontrolowany

Mieliśmy jeszcze ponad godzinę do powrotu. Nie mogliśmy wrócić do domu za wcześnie. To zbyt ryzykowne.

Pojechaliśmy więc do pobliskiej nadmorskiej wsi. Poszliśmy na kolejny spacer, tym razem na plażę. Następnie uznaliśmy, że jedzenie w samochodzie to dobry pomysł, bo skoro to nasza „misja przetrwania”, to przynajmniej zrobimy to w klimacie apokaliptycznym.

A potem… powrót do domu.

Godzina 20:20 – Bezpieczna strefa

Ostatecznie wjechaliśmy pod dom o 20:20.

Nikogo. Cisza. Spokój. Misja zakończona sukcesem.

Nie powiem, że nie czuliśmy się trochę głupio. Ale tylko trochę.

Bo prawda jest taka, że nie umiemy powiedzieć Samarianowi „nie”. Facet jest dla nas jak wujek z innego wymiaru – przychodzi, karmi, troszczy się, dzieli wszystkim, co ma. Nie da się być dla niego nieuprzejmym.

Więc raz w tygodniu gramy w tę dziwną grę: unikaj Samariana bez łamania mu serca.

A w przyszły weekend?

Prawdopodobnie powtórka z rozrywki.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Opinie
Zobacz wszystkie
0
Co o tym sądzisz? Dodaj komentarzx