
Od geeków do celebrytów – jak granie w gry stało się modne
Kiedyś bycie graczem to było coś. I nie mam na myśli “coś fajnego”. Wręcz przeciwnie – jeśli przyznałeś się, że wolny czas spędzasz na graniu, mogłeś liczyć co najwyżej na tekst w stylu: „Wyjdź na dwór, słońce zobacz” albo „Zmarnujesz sobie życie przez te głupie gry”.
A jeśli byłaś dziewczyną i grałaś? Ooo, to już inny poziom. Zazwyczaj pierwsza reakcja to zdziwienie, a potem klasyczne: „Ale pewnie grasz w jakieś dziewczyńskie gry, co? Simsy? Farmville? Może jakieś ubieranki?” – bo przecież dziewczyna nie może grać w prawdziwe gry. A jak już okazywało się, że grasz w Diablo, Quake’a czy cokolwiek, co nie miało różowych okładek, to reakcja była dwojaka: albo pełen szok, jakbyś właśnie oznajmiła, że polujesz na mamuty, albo nagły przypływ podejrzanej atencji.
Najgorzej było w grach multiplayer. Jeśli w jakimś cudem ktoś odkrył, że jesteś dziewczyną, to nagle część graczy przestawała grać i zaczynała zachowywać się jak na portalu randkowym. “Masz chłopaka?” albo klasyczne “Jesteś dziewczyną? To pewnie nie umiesz grać, chociaż mogę cię nauczyć 😉”. Bo jak wiadomo, każda kobieta, która wchodzi do gry, automatycznie szuka tam swojego trenera i mentora…
Dzisiaj jest trochę lepiej, ale nadal wystarczy odpalić voice chat, żeby natychmiast przekonać się, że niektórzy nie do końca wiedzą, gdzie są i co tu robią.
Cofnijmy się trochę w czasie…
Gdy zaczynałam przygodę z grami, dostęp do nich był mocno ograniczony. Nie było tak, że każdy miał w domu konsolę czy komputer – jeśli chciało się pograć, trzeba było znać odpowiednich ludzi. A ci odpowiedni ludzie mieli Atari, ZX Spectrum albo – jeśli los się do nich uśmiechnął – Amigę.
O grafice 3D nikt jeszcze nawet nie marzył. Postacie w grach wyglądały jak losowe zbitki pikseli, a jeśli ktoś miał wyobraźnię, to może dostrzegał w nich rycerza albo statek kosmiczny. Trzeba było kombinować, bo niektóre gry ładowały się z kaset magnetofonowych, co oznaczało, że na przyjemność grania czekało się dłużej niż na nowy sezon ulubionego serialu.
A potem pojawiły się Wormsy – absolutny hit tamtych czasów. Nic nie dawało takiej satysfakcji jak zrzucenie przeciwnika do wody za pomocą dobrze wymierzonego uderzenia z łopatki. Oczywiście, zanim to się stało, trzeba było jeszcze przeżyć kłótnie o to, kto gra pierwszy i czy na pewno wszyscy przestrzegają zasad (czyli nie strzelają w siebie nawzajem „przez przypadek”).
Później granie stało się bardziej dostępne, ale to wcale nie oznaczało, że społeczność graczy była bardziej otwarta…
Gry – wróg publiczny numer jeden
W międzyczasie media odkryły, że na świecie istnieją gry komputerowe. I się zaczęło. „Gry prowadzą do agresji!”, „Strzelanki to trening dla przyszłych przestępców!”, „Dzieci grają w gry i przez to nie potrafią odróżnić rzeczywistości od fikcji!” – słyszeliśmy to przez lata. I to pomimo faktu, że większość graczy potrafiła spędzać godziny, próbując przekonać wioskowego NPC-a, żeby dał im dodatkowe punkty doświadczenia, a ich największą zbrodnią było przypadkowe zabicie kurczaka w Skyrimie.
Ale potem coś się zmieniło. Nagle okazało się, że gry jednak rozwijają – poprawiają refleks, uczą strategicznego myślenia, a nawet mogą pomóc w nauce! Szok! Tak jakby te wszystkie lata strategii, zagadek logicznych i planowania nie miały żadnego wpływu na mózg.
Granie stało się modne – i może nawet za modne
Dziś gaming jest tak mainstreamowy, że nawet celebryci zaczęli się nim chwalić. Problem w tym, że niektórzy robią to… nieco na siłę.
Pamiętacie, jak kiedyś musieliśmy udowadniać, że serio gramy? Teraz jest odwrotnie – ludzie przechwalają się, że grają, mimo że ich największym osiągnięciem było odpalenie Candy Crush w kolejce do dentysty.
„Tak, tak, kocham gry! Ostatnio grałem w… eee… Pac-Mana? W sumie to nie wiem, ale gaming jest super!” – mówi celebryta, który nie odróżnia kontrolera od pilota do telewizora, ale przecież w świecie influencerów liczy się „image”, prawda?
Najlepszym przykładem, jak granie stało się modne, jest sytuacja z Elonem Muskiem. Człowiek, który wysyła rakiety w kosmos i chce podłączyć mózgi do internetu, pewnego dnia postanowił pochwalić się, że gra w Path of Exile 2. Problem w tym, że w społeczność graczy natychmiast wychwyciła pewnie niedociągnięcia i dziwne zachowania jak dla kogoś kto podobno jest „najlepszym graczem” jak na przykład nie umiejętność poruszania się po ekranie map. Internet zalały memy, bo co może być gorszego dla miliardera niż przyłapanie na ściemnianiu o własnym gamingowym skillu?
I tak oto z geekowskiego hobby, które kiedyś było powodem do społecznego wykluczenia, granie stało się czymś, czym trzeba się chwalić. Kto wie, może za kilka lat szkoły będą wymagać przejścia Dark Souls jako egzaminu dojrzałości?
Jedno się jednak nie zmienia – czy grasz na Atari, Amidze, PC, czy next-genowej konsoli, wciąż chodzi o to samo: dobrą zabawę, wirtualne przygody i… niekończące się kłótnie o to, kto teraz ma swoją kolej.




