
Wielbiciele psów
Zawsze myślałam, że o sąsiadach można mówić dużo, ale u mnie sytuacja przekroczyła już wszelkie granice normalności. Mam obok siebie ludzi, którzy udowadniają, że ciasne, ale własne to jedno – a ciasne, pełne psów i pachnące… wyjątkowo intensywnie, to już zupełnie inna bajka.
Zaczęło się niewinnie. Trzy lata temu sąsiedzi adoptowali dwa szczeniaczki. Przemiłe, puchate kulki, które potem urosły do rozmiaru „przewracam meble ogonem”. Rok później znaleźli jeszcze jednego biedaka z ulicy. No cóż, pomyślałam, że zrobiło się tam trochę tłoczno, ale kto nie lubi psów?
Wtedy na scenę wkroczyła wielbicielka zwierząt. Kobieta w potrzebie, której sąsiedzi zaoferowali dach nad głową, żeby stanęła na nogi. Tylko że ona przyprowadziła ze sobą osiem własnych psów. Osiem!!! I te osiem dołączyło do trzech, które już tam były.
Wyobrażacie sobie 11 psów w mieszkaniu 60 m²? No cóż, sąsiedzi też sobie nie wyobrażali, bo wtedy znaleźli jeszcze kilka bezdomnych biedactw na ulicy. Obecnie licznik wskazuje 15 psów i 3 koty.
I tu zaczyna się prawdziwa symfonia chaosu.
Dźwiękowy Armageddon
Zastanawialiście się kiedyś, jak brzmi koncert psich gardeł w zamkniętej przestrzeni? To coś pomiędzy chórkiem gospel, alarmem przeciwlotniczym a dźwiękiem piły łańcuchowej, której ktoś wlał Red Bulla do baku. Jeden zaczyna, reszta dołącza – impreza trwa non stop. Co najlepsze, wielbicielka zwierząt regularnie drze się na psy, żeby przestały szczekać. I nie jest to „cichutko, pieseczki, bo sąsiedzi śpią”, tylko „ZAMKNĄĆ SIĘ!!!” które przebija się przez ściany i sprawia, że ptaki w promieniu kilometra odlatują w popłochu.
Pachnąca okolica
Nie będę wchodzić w szczegóły, ale jeśli kiedyś szukaliście definicji „mieszkania nasączonego aromatem psiej egzystencji” – oto ona. Można się wzruszyć. A potem stracić przytomność.
Spacer po naszej okolicy to gra o wysoką stawkę. Patrzysz pod nogi bardziej niż w trakcie górskiej wspinaczki, bo nie chcesz wrócić do domu z niechcianą „pamiątką” na podeszwie. Ktoś kiedyś mówił, że zwierzęta wnoszą w nasze życie radość – pewnie, ale w tym przypadku głównie przez testowanie refleksu.
Czy to jeszcze miłość, czy już szaleństwo?
Sytuacja miała być tymczasowa. Minął rok. I wiecie co? Nie zanosi się na zmiany. Psy wciąż napływają, a przestrzeń do oddychania kurczy się szybciej niż nadzieja sąsiadów na normalne życie.
Cóż, może to nie ja powinnam pisać ten wpis, tylko zakład psychiatryczny.



