Blog,  Hobby,  Robótki ręczne

Szaleństwo szydełkowe nie ma litości – Chusta

Nie wiem, czy to efekt uboczny zbyt długiego przesiadywania w domu, nadmiaru różnorodnych mediów czy może mój mózg po prostu potrzebował nowego rodzaju obsesji, ale wpadłam. Włóczkowy kosmos wciągnął mnie bez litości i teraz dryfuję gdzieś pomiędzy katalogami z wzorami, internetowymi koszykami pełnymi motków i kolejnymi rządkami słupków podwójnych.

Idealny duet – szydełko i audioksiążki

Szydełko zdominowało mój wolny czas. Pochłonęło go całkowicie i bez reszty, jak czarna dziura, w której zniknęły YouTube, Netflix i gry komputerowe, które jeszcze niedawno były moimi wielkimi miłościami. Teraz zamiast ratować światy w RPG-ach, ratuję źle zaczęty rząd oczek. Zamiast oglądać seriale czy ploteczki na YouTube oglądam strony z pomysłami na ręcznie robione ubrania. A graficzne mapy lochów w grach zostały zastąpione schematami chust, gdzie każda kratka może być albo początkiem nowej miłości, albo początkiem płaczu.

O dziwo, w tym robótkowym transie wcale się nie nudzę. Towarzyszy mi całe grono… audioksiążek. Zebrałam przez lata kolekcję książek do wysłuchania, ale nigdy jakoś nie miałam czasu na nie, bo gry i seriale zajmowały mi większość czasu przecież. Teraz jednak słucham wszystko jak leci, do momentu aż postacie w mojej głowie zaczynają mówić głosem lektora nawet w snach. I przyznam, że jest w tym coś magicznego. Szydełkując w rytmie opowieści, czuję się jak jakaś bajarka, tylko że z włóczką. Czy to się leczy? Mam nadzieję, że nie. Okazuje się, że przynajmniej w moim przypadku, audioksiążki i szydełko to idealne połączenie. Gdy skończę jakiś projekt ale nie książkę to natychmiast zabieram się za kolejną robótkę, bo przecież muszę się dowiedzieć jak się książka kończy!

Wzór, który mnie zauroczył – moja pierwsza chusta

Ale do rzeczy. Całe to włóczkowe szaleństwo ma swoją kulminację – moją pierwszą ukończoną chustę. I to nie byle jaką! Mowa o Lymantrii – wzorze, który wypatrzyłam na Ravelry i zakochałam się od pierwszego kliknięcia. Jeśli chcesz zobaczyć ten wzór (a wierz mi, chcesz), to jest tu: Lymantria na Ravelry.

Zrobiłam ją w moich ulubionych kolorach. Gdy się przyglądam zrobionej chuście teraz to zauważam, że kolorystyka taka trochę indiańska mi wyszła. Mi się podoba a to najważniejsze. Użyłam miękkiej, ciepłej wełny, bo skoro już mam coś robić dla siebie, to niech to będzie przytulne i godne otulenia się zimową porą z herbatą w ręce i psem przy nodze. To szczegół, że nasze zimy wcale nie są wybitnie zimne. I tak będę zarzucać swoją chustę przy każdym chłodniejszym wiaterku, bo czemu nie? Poza tym jest piękna i zamierzam się nią pochwalić z każdym, kto będzie mnie mijał na ulicy czy sobie tego życzą czy nie.

Historia chusty mamy – czyli włóczkowy sentyment

A skoro już zrobiłam chustę dla siebie, to pomyślałam dlaczego by nie podzielić się tą pasją z rodziną? Zapytałam mamę, czy pamięta swoją starą białą (a może kremową?) chustę, tę trójkątną z frędzelkami na końcu, którą miała, gdy byłam dzieckiem. Pamiętam ją jak przez mgłę: wielką, śnieżnobiałą (chyba?), miękką i chyba trochę magiczną. Oczywiście mama pamiętała i sama przyznała, że bardzo ją lubiła, ale nie ma pojęcia co się z nią stało. Powiedziała, że kiedyś takie chusty były bardzo modne. Niemal każdy je nosił. Szkoda, że ta moda przeminęła.

Na zakończenie mama stwierdziła, że chętnie przygarnęłaby nową chustę. Nie jestem pewna, czy chce ją rzeczywiście nosić, czy raczej powiesić na ścianie jak gobelin i przy każdej wizycie gości teatralnie opowiadać, że to „ręczna robota córki”. Nie zdziwię się, jeśli pewnego dnia zobaczę tę chustę oprawioną w ramę i podpisaną: „Córcia, włóczkowy impresjonizm, 2025”. No trudno, w końcu każda artystka musi się liczyć z tym, że jej prace mogą trafić kiedyś do galerii… nawet jeśli to galeria nad kanapą w salonie rodziców.

Włóczka + zamówienie = wymówka do kolejnych zakupów

Ale zanim jeszcze wzięłam się za chustę dla mamy, musiałam skończyć swoją. I muszę przyznać, że Lymantria wyszła przepięknie. Dumna jestem jak paw w pasmanterii. Co więcej pochwalenie się nią wywołało małą lawinę. Znajomi, rodzina, koleżanki mamy… Nagle pojawiły się zamówienia. A skoro już mam włóczkę, wzory i kompletnie stracone poczucie czasu, to czemu nie?

Mam już zapas kolejnych wzorów na chusty i serio, mogłabym chyba założyć sektę szydełkową. Albo przynajmniej podziemne studio robótkowe, gdzie w ciszy i z audiobookiem w tle produkuję kolejne trójkąty szczęścia. Włóczki mam tyle, że spokojnie mogłabym wyścielić nimi małą komórkę lokatorską i zamieszkać w niej w razie kryzysu ekonomicznego.

Szydełko to nie hobby – to styl życia

Oczywiście wiem, że na wykorzystanie wszystkich tych zakupionych motków i zapisanych wzorów może nie wystarczyć mi życia. Ale kto by się tym przejmował? Przecież nie robię tego po to, żeby „skończyć”. Robię, żeby robić. To jak czytanie książek. Nikt nie czyta wszystkiego co jest w bibliotece. A przynajmniej nikt zdrowy.

Siedzę więc sobie wygodnie, otulona chustą (tą własnoręczną!), z kubkiem kawy, audioksiążką, szydełkiem w ręku i milionem planów na kolejne projekty. Mama już się cieszy na swoją nową wersję białej chusty, choć tym razem zażyczyła sobie inny kolor. Ja planuję zrobić kolejne dla siebie, tym razem może coś lżejszego, bardziej uniwersalnego. Ale póki co, realizuję zamówienia i pozwalam się ponieść tej przyjemnej, miękkiej obsesji.

Szydełko 1, YouTube 0. I wiesz co? Wcale mi tego drugiego nie brakuje.

Jeśli masz ulubiony wzór lub szal w planach – wrzuć link! Wspierajmy się i inspirujmy.

Podoba Ci się to co tu pokazałam?

Tak! To cudeńko jest stworzone dla mnie!

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Opinie
Zobacz wszystkie
0
Co o tym sądzisz? Dodaj komentarzx