Blog

Szafa pełna ubrań i… brak ochoty się ubrać

Przez długi czas byłam minimalistką. I to taką prawdziwą, a nie w wersji „mam 30 par spodni, ale i tak twierdzę, że żyję minimalistycznie”. Moja garderoba mieściła się dosłownie w kilku sztukach: dwie pary spodni, parę koszulek, ciepła bluza i sweterek. Plus bielizna oczywiście – bez przesady. Podobnie było u mężczyzny. Wszystko stare, rozciągnięte i wypłowiałe od słońca. Nam to w zasadzie odpowiadało póki podróżowaliśmy. Przynajmniej oszczędzaliśmy na bagażu. Teraz jednak mieszkamy w jednym miejscu już 4 rok. Mamy „swoje miejsce na ziemi”. Minimalizm nie jest konieczny, a jednak i tak przy nim się utrzymywaliśmy, bo byliśmy do tego przyzwyczajeni.

I nagle odkryłam Temu. I się zaczęło.

Z minimalistki stałam się szczęśliwą (tak mi się wtedy wydawało) posiadaczką szafy pełnej ubrań. A właściwie dwóch szaf, bo pierwszy raz od dawna musiałam zrobić rotację: letnie rzeczy do szafy, zimowe pod łóżko. Brzmi jak luksus? No właśnie. Powinnam się cieszyć, w końcu mam masę fajnych ciuchów, w których naprawdę wyglądam dobrze. Ludzie komplementują, pytają czy schudłam, a to tylko magia odpowiednio dobranych ubrań.

Tylko że… gdy otwieram szafę, mam ochotę od razu ją zamknąć.

Nie dlatego, że nie mam w czym wyjść. Wręcz przeciwnie – mam tyle możliwości, że ich nie widzę. Ubrania są tak ciasno wciśnięte, że wystają jakieś przypadkowe strzępy materiału. Tu kawałek rękawa, tam fragment spodni. Jakby moja szafa była Frankensteinem szytym z resztek. I w tym chaosie zamiast radości czuję frustrację.

Efekt? Paradowałabym najchętniej cały dzień w piżamie. Bo piżama przynajmniej jest na wierzchu.

Psychologia w tle

To zjawisko ma nawet swoją nazwę: paradoks wyboru. Gdy mamy za dużo opcji, zamiast czuć się wolni, zaczynamy się blokować.

I właśnie tu odkryłam coś nowego o sobie: ja wcale nie chcę mieć tego wyboru. Lepiej czuję się psychicznie, gdy mam mniej rzeczy i wokół mnie panuje porządek. Przesyt w szafie stał się też przesytem w głowie. I wcale nie jest to komfortowe uczucie.

Minimalizm miał jedną prostą zaletę: nie musiałam się zastanawiać. Albo spodnie nr 1, albo spodnie nr 2. Teraz mam garderobę, która wygląda jak sklep odzieżowy, tylko bez ekspozycji i z wiecznym bałaganem. Bałaganem nie związanym z lenistwem tylko z brakiem miejsca i wciskaniem wszystkiego gdzie się da, bo druga opcja to rozwalone ciuchy po całym mieszkaniu!

Rozwiązania?

Przyznaję, analizowałam różne opcje.

• Zrobić z szafy butik i pięknie wszystko wyeksponować.

• Tworzyć kapsułowe zestawy na tydzień i resztę chować.

• Albo pójść brutalnie i pozbyć się połowy.

Ale znając siebie, wiem, że nie jestem gotowa na tak radykalne cięcia. Dlatego zdecydowałam się na rozwiązanie pośrednie: pochować część ubrań do pudła i zobaczyć, co z tego wyjdzie.

Może za kilka miesięcy odkryję to pudło na nowo i będę mieć efekt „o, nowe ciuchy, gratis!”. A może okaże się, że nie tęsknię za nimi wcale i spokojnie mogę je oddać.

Na razie wiem jedno : szafa pełna ubrań wcale nie oznacza łatwiejszego życia i większej radości z niego. Czasem wręcz przeciwnie. Ale kto wie, może ta historia zakończy się happy endem, a ja w końcu znajdę złoty środek między minimalizmem a nadmiarem?

A jeśli nie… to zawsze zostaje piżama.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Opinie
Zobacz wszystkie
0
Co o tym sądzisz? Dodaj komentarzx