Saga Burzowych Światów – jak Sanderson znów mnie oszukał
Jeśli ktoś myśli, że fantasy to tylko smoki, miecze i faceci w pelerynach, to The Stormlight Archive Brandona Sandersona wywróci go jak ta jego słynna burza. To nie jest kolejna seria do poczytania przy herbatce. To opasłe tomiszcza, które spokojnie mogą robić za ciężarki do ćwiczeń, a jednocześnie poważna lekcja o tym, że nikt nie wychodzi z życia bez ran.

Roshar: planeta, gdzie pogoda nienawidzi ludzi
Akcja rozgrywa się na Rosharze, świecie, który wygląda jakby Matka Natura postanowiła codziennie testować cierpliwość mieszkańców. Tu regularnie przetaczają się burze tak potężne, że w porównaniu z nimi huragan Katrina wygląda jak przeciąg z otwartego okna. Ludzie budują więc domy, religie i całe społeczeństwa wokół faktu, że co chwilę coś próbuje ich zdmuchnąć z powierzchni planety.
Dawno temu podobno pokonano pradawne zło zwane Nihilistami, ale wróg wcale nie umarł, tylko zrobił sobie drzemkę regeneracyjną i właśnie wraca. Apokaliptyczna wojna czai się za rogiem, a ludzkość ma do dyspozycji kilka legendarnych postaci, trochę magii i… ogromne problemy psychiczne.
Bohaterowie: depresja, iluzje i kac moralny
Sanderson nie bawi się w idealnych bohaterów, którzy zawsze wiedzą, co robić. Jego bohaterowie to banda ludzi połamanych psychicznie bardziej niż porcelanowa figurka po spotkaniu z kotem.
Kaladin to były żołnierz, niewolnik, a teraz facet z depresją kliniczną, który walczy o życie swoje i innych, choć czasem najchętniej nie wstałby z łóżka. Shallan: młoda uczona, która zamiast jednej twarzy nosi w głowie całą galerię masek, a jej moc iluzji jest boleśnie dosłowną metaforą tego, jak radzi sobie z traumą. I Dalinar – generał z problemem alkoholowym, który próbuje odkupić swoją krwawą przeszłość, a jednocześnie dostał wizje od samego Wszechmogącego. Tak, to nie są wesołe krasnoludki od tolkienowskiego piwa.
Przyznaję, początki były dla mnie ciężkie. Pierwsze rozdziały szły mozolnie i naprawdę trudno było mi wczuć się w klimat. Ale nauczona doświadczeniem z Mistborn, uparcie brnęłam dalej. I nagle coś kliknęło. Sama nie wiem w którym momencie, ale historia przykuła moją uwagę tak, że każdą wolną chwilę poświęcałam na kolejne rozdziały. Raz kibicowałam głównemu bohaterowi, raz jego wrogom, a polityczne intrygi aż prosiły się o analizę. Z jakiegoś powodu przypominały mi się wtedy lekcje wyniesione z gry NieR Gestalt, gdzie autor wyraźnie dał do zrozumienia, że nie ocenia się książki po okładce (czy ja już pisałam o tej grze? Bo jeśli nie, to zdecydowanie muszę!).
Honor, władza i inne drobiazgi
Sanderson lubi zadawać pytania: czym właściwie jest honor? Jak bardzo można nagiąć zasady, zanim same się złamią? Dalinar zmaga się z tym przez całą serię, a jego droga pokazuje, że bycie „honorowym” to nie jest naklejka na czole, tylko codzienne wybory, które często są cholernie trudne.
Nie brakuje też refleksji o władzy. Kto powinien ją sprawować, co z odpowiedzialnością i czy herosi z boskimi mocami nie są aby trochę przerażający. Spoiler: są.
Jedność wobec burzy dosłownie i w przenośni
Cała saga pokazuje, że ludzie (i nieludzie) mogą przetrwać tylko razem. Burze, wojny, zdrady. To wszystko testuje bohaterów, ale też zmusza ich do współpracy. Brzmi banalnie? Być może. Ale Sanderson robi z tego coś, co faktycznie działa i czasem naprawdę łapie za gardło.
Dlaczego to działa (i czasem nie)
Krytycy i czytelnicy pieją z zachwytu: nagrody, epickie zakończenia, realistyczne pokazanie zdrowia psychicznego. Ale są też minusy: seria ma ponad pięć tysięcy stron, tempo bywa takie, że człowiek czuje się jak w kolejce na poczcie, a dialogi momentami brzmią zbyt młodzieżowo.
Mimo to, gdy tylko skończyłam jedną książkę, natychmiast sięgałam po kolejną. Byłam ciekawa, co będzie dalej, i nie potrafiłam się oderwać. A kiedy wreszcie dotarłam do „ostatniego” tomu, przeżyłam solidne WTF. Bo okazało się, że ostatnia książka wcale nie jest ostatnia. Zamiast zamknięcia historii – cliffhanger tak mocny, że aż chciało mi się rzucić książką. Pewnie nawet bym to zrobiła, gdybym nie czytała tego na Kindlu. Trochę szkoda sprzętu, a poza tym efekt trzasku sześciuset stron o ścianę jest jednak o wiele bardziej satysfakcjonujący.
Dlaczego warto sięgnąć po Stormlight Archive
Bo to fantasy, które pokazuje, że złamanie nie oznacza końca. Że bohater nie musi być idealny, żeby być wielki. Że można czytać o magii, mieczach i epickich bitwach, a jednocześnie zobaczyć w tym własne walki, własne burze.
Sanderson napisał sagę, w której najważniejszy krok to zawsze ten następny, niezależnie od tego, czy chodzi o bohatera walczącego z demonami, czy czytelnika walczącego z kolejnym tysiącem stron.


