Blog,  Hobby,  Technologia

Kiedy postęp był widoczny, a dziś udajemy, że nowe kolory telefonów to innowacja

Atari, Spectrum i człowiek złożony z kropek

Pamiętam te czasy, kiedy „grafika komputerowa” oznaczała zestaw świecących kropek na ekranie. Na Atari czy Spectrum człowiek był kropką, pies był kropką, a smok… zgadliście – też kropką. Do tego cały rytuał wgrywania gier z kaset. Wkładało się kasetę, wciskało „play”, a potem przez kilka – kilkanaście minut siedziało bez ruchu, bez oddechu, żeby się nie zawiesiło. Bo jak przerwał się zapis, to zaczynało się od nowa. Dzisiejsze „loading screeny” to luksus w porównaniu z tamtym czekaniem, a i tak wszyscy na nie narzekają!

Potem do domu wszedł pierwszy PC z DOS-em i nagle człowiek na ekranie miał już głowę i ręce. Grafika stawała się coraz bardziej wyraźna, pojawiły się pierwsze silniki 3D i zaczęliśmy się zastanawiać, czy w grach widać już pot na czole bohatera, czy to tylko dwa dodatkowe piksele.

Telefony: od cegły do mydelniczki i z powrotem

Pierwsze telefony komórkowe wyglądały jak rekwizyty z planu „Powrotu do przyszłości”. Motorola DynaTAC ważyła ponad kilogram i miała baterię na pół godziny rozmowy. Ale jak ktoś to miał przy uchu w latach 80., to wszyscy wiedzieli, że to biznesmen z klasą, a nie sąsiad od śrubek.

W Polsce pierwszy operator Centertel wystartował w 1992 roku i to też była liga wybrańców. Abonament kosztował majątek, aparat kilka średnich pensji, a dodatkowo płaciło się i za odebrane, i za wykonane połączenia. Dlatego komórkę miał albo ktoś bardzo bogaty, albo ktoś, kto naprawdę musiał, np. przedsiębiorca w trasie. Dla reszty zostawały budki telefoniczne i kartki z numerami zapisane w notesie.

Dopiero Nokia 1011, pierwszy model GSM, otworzyła drzwi do masowości. Telefon nadal ważył pół kilo, ale ceny stawały się coraz bardziej dostępne i dawało to poczucie, że każdy może mieć własny numer i zadzwonić z dowolnego miejsca. To już był inny świat.

A potem przyszła Nokia 3310 czyli pancernik w świecie elektroniki. Przeżyła więcej upadków niż niejeden kot, a bateria trzymała tydzień. Ten telefon miał chyba każdy i wydawało się, że jest niezniszczalny. Wtedy też pojawiły się pierwsze telefony z wysuwanymi klawiaturami i te przeznaczone specjalnie do muzyki. Pamiętam swój pierwszy Sony Ericsson ze swoim logo „Walkman”. Czułam, że mam w kieszeni nie tylko telefon, ale i kieszonkowy odtwarzacz.

Telefony z roku na rok stawały się coraz mniejsze. Motorola StarTAC, malutki klapkowiec, wyglądał jak sprzęt z przyszłości. A potem telefony zaczęły znowu rosnąć, bo ekran dotykowy wymusił większe formaty. Telefon z ekranem przestał być po prostu telefonem stał się smartfonem.

Internet i komputer w kieszeni

Potem internet zjadł nam życie. Najpierw powoli. Strony, poczta elektroniczna… aż po erę mediów społecznościowych, kiedy wszystko, łącznie z Twoim obiadem, trzeba było sfotografować i wrzucić do sieci. Najpierw byłam internetem zafascynowana. Wszystko w nim można było znaleźć. Nieograniczone źródło informacji! Zamiast wielkich encyklopedii i wycieczek do biblioteki można było po prostu przeklikać kilka stron i wszystko było pod ręką!!! Póki nie stało się narzędziem do spamu, dzielenia się każdą najmniejszą pierdołą z życia i fake newsów!

Smartfon w międzyczasie stał się mocniejszy niż najlepsze PC z mojej młodości. Urządzenie w kieszeni mogłoby obsłużyć lądowanie na Księżycu, a my używamy go głównie do scrollowania memów i wysyłania śmiesznych filmików znajomym.

Kiedy innowacja przestała być innowacją

I tu dochodzimy do momentu, w którym postęp jakby się przykurzył. Telefony? Te same prostokąty, tylko z większą liczbą obiektywów i megapikseli. Komputery? Prawo Moore’a, które mówiło, że liczba tranzystorów w procesorach podwaja się co dwa lata, zaczęło zwalniać. I zamiast fajerwerków mamy małe, niemal minimalne kroczki.

Do tego dochodzi różnica między hardware i software. Dla niewtajemniczonych hardware to ta cała fizyczna część: kabelki, tranzystory, obudowa. Software to programy, które sprawiają, że ten kawałek krzemu wie, co robić. Tylko problem w tym, że software rozwija się szybciej niż hardware. To trochę jak moja dieta: komputer staje się coraz szybszy, ale programy rosną jeszcze szybciej, więc i tak brakuje tchu.

W grach grafika zrobiła się tak realistyczna, że czasem trudno odróżnić od zdjęcia. I wiecie co? Nagle zaczęło to być… nudne. Dlatego wróciła moda na pixel art, gry retro i kreskówkowe style. Jakbyśmy dobrnęli do końca autostrady i teraz zawracamy, żeby trochę powspominać stare drogi.

AI – ostatni wielki wybuch czy tylko chwilowa moda?

I wtedy na scenę wchodzi AI. Najpierw nieśmiało, potem z przytupem: ChatGPT, generatory obrazów, modele przewidujące strukturę białek. Bill Gates mówi, że lekarze i nauczyciele będą zbędni w ciągu dekady, a Demis Hassabis z DeepMind twierdzi, że mamy przed sobą rewolucję większą niż przemysłowa.

Ale obok zachwytów pojawiają się ostrzeżenia, że AI może manipulować emocjami lepiej niż człowiek, że coraz trudniej jest odróżnić czy to co AI mówi jest prawdą czy halucynacją, a trafia to do mediów społecznościowych i szerzy dezinformację. Że może przejąć zbyt wiele prac, które do tej pory wykonywali ludzie, co doprowadzi do katastrofy ekonomicznej. Niektórzy liczą na cudowny wzrost gospodarczy, inni boją się, że zamiast raju dostaniemy nową wersję piekła w regulaminie użytkownika.

To co dalej?

Kiedyś postęp było widać gołym okiem: z kropek robił się człowiek, z cegły telefon, a z klawiatury portal do internetu. Dziś zamiast „wow” mamy „meh, kolejny obiektyw” albo „AI napisało mi wierszyk”.

Czy AI będzie nową erą, czy kolejną bańką, która pęknie jak moda na selfie-sticki? Tego nie wiem. Ale jeśli znowu skończymy z retro grafiką i cegłą w kieszeni, to chyba nie będę nawet zdziwiona.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Opinie
Zobacz wszystkie
0
Co o tym sądzisz? Dodaj komentarzx