
Jak zostałam frajerem premium, czyli jak płacę abonament za rzeczy, które już kiedyś kupiłam
Mówi się, że postęp ułatwia życie. Że wszystko staje się wygodniejsze, szybsze, lepsze. I wiecie co? Może i tak. Ale ja mam wrażenie, że w tym pięknym świecie technologii zostałam złapana w pułapkę subskrypcyjnego absurdu.
Bo kiedyś, moi drodzy, człowiek kupował rzeczy. Kupowałam muzykę, filmy, gry – i one były moje. Mogłam je wziąć, dotknąć, odkurzyć, pożyczyć znajomemu. A teraz? Teraz płacę co miesiąc za rzeczy, które już dawno powinnam mieć na własność. Jeśli to nie jest skok na kasę, to nie wiem, co nim jest.
W czasach, gdy Netflix nazywał się „Wypożyczalnia pod Żabką”
Zacznijmy od muzyki.
Kiedyś była kaseta magnetofonowa. To taki kawałek plastiku z dwiema szpulkami taśmy w środku, na którym mieszkała muzyka. Jak chciałam posłuchać ulubionej piosenki, musiałam przewijać kasetę ręcznie, bo przewijanie w odtwarzaczu zżerało baterie szybciej niż TikTok zjada czas. A jak taśma się wkręciła? Ołówek w dłoń i operacja ratująca.
Potem były płyty CD – wow, cyfrowa jakość! Ale jeśli kupiłam album dla jednej piosenki, to trudno, musiałam wysłuchać reszty lub przewijać, bo innej opcji nie było. No i rysy – CD niszczyło się od samego istnienia w pobliżu człowieka.
Potem nadeszło mp3 i mogłam wreszcie kupić pojedyncze utwory. Oczywiście zapłaciłam za nie po raz trzeci, bo przecież moje kasety i płyty się nie liczyły.
A teraz? Streaming. Nie kupuję muzyki – ja ją wynajmuję. Płacę miesięczny haracz, żeby słuchać tych samych utworów, które już wcześniej kupiłam trzy razy. Jeśli przestanę płacić? Puff! Muzyka znika. Bo najwyraźniej nigdy nie była moja, tylko przez chwilę łaskawie pozwolono mi jej słuchać.
I to samo jest z filmami.
Kiedyś były kasety VHS. Jak chciałam obejrzeć film, to musiałam iść do wypożyczalni – takiego Netflixa, tylko z dodatkowymi krokami: wyjściem z domu, opłatą i ryzykiem, że film akurat wypożyczył sąsiad. A jak ktoś nie przewinął kasety na początek? No cóż, pięć minut oglądania napisów końcowych, zanim mogłam obejrzeć pierwszą scenę.
Potem przyszły DVD. Kupiłam kilka ulubionych filmów, a potem… BAM! Technologia powiedziała: „Sorry, teraz jest Blu-ray!”. I co? Kupiłam je drugi raz.
Teraz? Płacę subskrypcję do Netflixa, Apple TV, Prime Video i jeszcze paru innych, bo każdy ma monopol na dokładnie jeden film, który chcę obejrzeć. Reszta katalogu? Głównie bezwartościowe zapychacze czasu. 90% katalogu streamingowego to filmy, które wyglądają jakby scenariusz pisał generator memów po kilku drinkach. Jeden, dwa tytuły na miesiąc warte uwagi, reszta to tło do przewijania Instagrama. A dokumenty? Kiedyś człowiek włączał film dokumentalny i uczył się czegoś nowego, wartościowego. Teraz oglądasz 8 odcinków, kończysz z większą ilością pytań niż miałeś na początku, i jeszcze musisz googlować, żeby dowiedzieć się, czy to wszystko było prawdą. To nie dokumenty, to seriale kryminalne z narratorem w roli głównej. A jeśli jakimś cudem film mi się podoba i chcę go posiadać? Nie, nie mogę. Mogę tylko dalej płacić.
Gry – to samo oszustwo, tylko w 4K
A gry? Kochani, tu dopiero jest biznes życia.
Kiedyś kupowałam pudełkową wersję i płyta była moja. Jak chciałam zagrać, to wkładałam ją do napędu i po sprawie. Jak chciałam pożyczyć kumplowi – proszę bardzo.
Potem przyszły klucze cyfrowe. Gry były na moim koncie, ale wciąż je miałam. Mogłam je pobrać, kiedy chciałam.
A teraz? Game Pass, PlayStation Plus, Ubisoft+, itp. Czyli wynajmowanie gier na czas subskrypcji. A jeśli przestanę płacić? Wszystko znika. Nawet gry single-player. A co najgorsze gry wielokrotnie wychodzą do sprzedaży nie dokończone! Bugi wszędzie! Czasem wręcz psujące kompletnie imersję. Musisz czekać rok aż deweloperzy łaskawie naprawią błędy w grze by w ogóle była grywalna! Kiedyś, gdy internet był luksusem a gry wychodziły na płytach (lub dyskietkach, czy ktoś w ogóle jeszcze pamięta co to takiego?) nie było opcji by deweloper ją naprawiał już po wydaniu, więc zawsze były ukończone i zwykle bez większych błędów. Możecie w to uwierzyć?! Ukończona gra w dniu wydania?!
A tak przy okazji co z tymi grami, które kiedyś kupiłam na płycie? O, przykro mi! Serwery padły, wsparcie się skończyło, albo żeby w nią zagrać, musisz mieć aktywne konto i połączenie z internetem, bo inaczej nie odpalisz. Więc może lepiej… zapłać subskrypcję?
“Nie będziesz nic posiadać i będziesz szczęśliwy”
Znasz to hasło? Brzmi jak teoria spiskowa, prawda? A jednak – dokładnie to się teraz dzieje.
Kiedyś posiadaliśmy rzeczy. Teraz tylko wynajmujemy prawo do ich używania.
I najlepsze jest to, że to wszystko zostało mi sprzedane jako wygoda. „Nie musisz mieć półek pełnych płyt, teraz masz wszystko w chmurze!” – mówili. No i super, tylko że teraz nie mam nic. Mam tylko miesięczne zobowiązania, żeby cokolwiek działało.
I wiecie co?
Czasem myślę, że ci, którzy piracą, wcale nie robią tego dla oszczędności. Oni po prostu chcą posiadać to, za co zapłacili. I trudno mi się z nimi nie zgodzić.
Czasem, kiedy widzę kogoś pobierającego mp3 z szemranej strony, nie oceniam. Po prostu myślę: rozumiem cię, bracie. Też bym chciała odzyskać kasetę, którą miałam w 1998, bez płacenia subskrypcji do końca życia.
A ja? Ja idę opłacić kolejną subskrypcję, żeby móc dalej oglądać i słuchać to, co już dawno powinnam mieć na własność.
Nie wiem, czy jestem szczęśliwa. Ale na pewno nie posiadam niczego.




