Blog,  Hobby,  Robótki ręczne

Jak z testu włóczki przypadkiem zrobiłam koc obciążeniowy

Kupiłam włóczkę. Tak dla testu. Wiesz, takiego „niewinnego”, który kończy się nowym kocem w salonie. Oczywiście online, bo kto dziś jeszcze chodzi do sklepów? W dodatku Temu, czyli nieco ryzykowny sport dla tych, którzy lubią niespodzianki w stylu „zdjęcie a rzeczywistość”.

Włóczka miała być gruba, prawie polarowa. Idealna na kocyk, który zobaczyłam gdzieś w otchłaniach internetu. Wiesz, taki, co wygląda jak chmurka, ale waży jak cegła.

Miesiąc oczekiwania i dwa wielkie wory włóczki

Po miesiącu czekania (czyli równowartość jednej epoki w szydełkowaniu) paczka dotarła. I tu pierwsze zaskoczenie: włóczka faktycznie była gruba, miękka i cudownie puchata. Kolory? Wyjątkowo żywe. Właściwie aż za bardzo. Takie, które wchodzą do pokoju pierwsze i mówią: „Patrz na mnie, jestem fluorescencyjny!”.

Nie tego się spodziewałam, ale skoro już miałam olbrzymi wór włóczki wielkości średniego dziecka, to co, miałam ją wyrzucić? Zabrałam się do roboty.

Tunezyjskie szydełko i walka z gigantem

Wyciągnęłam moje największe szydełko, numer osiem. Tak, osiem. Zazwyczaj działam na maleństwach 1 albo 1.5. Lubię te projekty, gdzie trzeba mieć lupę, sokoli wzrok i cierpliwość mnicha z XV wieku. Tym razem jednak zamiast eleganckich koronek walka z grubasem.

Szydełko tunezyjskie długie jak antena satelitarna, włóczka grubości liny okrętowej i ja, w tym wszystkim, zastanawiająca się, czy to jeszcze rękodzieło, czy już siłownia.

Pierwsze rzędy szły opornie. Potem nieco lepiej. A potem nawet przyjemnie. Patrzyłam, jak koc rośnie w oczach, co przy tej grubości włóczki oznacza, że po pięciu minutach masz już pół metra robótki i lekki ból ramienia.

Koc w tydzień (czyli rekord świata z przerwami na życie)

Kocyk skończyłam w tydzień. Co prawda z przerwami na kawę, gotowanie, spacery z psem i egzystencjalne pytania w stylu: czy naprawdę potrzebuję kolejnego koca? Ale szło błyskawicznie.

Nie dokończyłam go zgodnie z planem, miał być nieco większy, ale niektóre kolory… cóż, zniknęły. Magia Temu. Waga motków identyczna, ilość włóczki identyczna, ale jeden kolor zniknął po czterech rzędach, a inny został jak nieproszony gość po imprezie.

Ciężki, modny i domowy

Gotowy koc teraz leży na sofie w salonie. Trochę ciężki, przyznam. Nie przewidziałam, że połączenie wielki koc + gruba włóczka da efekt porównywalny z noszeniem labradora. Ale teraz modne są koce obciążeniowe, więc powiedzmy, że to był plan od początku. Trendsetterka, proszę bardzo.

Mój mężczyzna chwali się nim wszystkim. Pokazuje go każdemu, kto wejdzie do domu, i jeszcze paru osobom, które nie weszły, czyli znajomym z forum, gdzie najwyraźniej został honorowym ambasadorem mojego koca.

I tu historia mogłaby się skończyć… ale nie

Zostało mi sporo włóczki. Niektóre kolory w resztkach, inne w ilości wystarczającej na mały namiot. A że na sofie mam cztery ozdobne poduszki, które nijak nie pasowały do nowego koca, to wiesz, co zrobiłam.

Tak, uszydełkowałam ( jest takie słowo w ogóle czy je właśnie stworzyłam?) pokrowce na poduszki. Teraz cała sofa wygląda jak tęcza po dopalaczach. Wchodzisz do salonu i masz wrażenie, że krzyczy do ciebie: „Uśmiechaj się! Albo przynajmniej załóż okulary przeciwsłoneczne!”.

Mnie się podoba. Mężczyźnie się podoba. Pies też wygląda na zadowolonego, głównie dlatego, że poduszki są teraz podwójnie miękkie. Czyli jest dobrze.

Morał z tej włóczkowej epopei

Nigdy nie kupuj włóczki „na próbę”. Bo to nigdy nie jest tylko próba. To pierwszy krok do nowego wystroju mieszkania, modnego koca i psa, który ma nową ulubioną poduszkę.

Mimo wszystko warto było przetestować nową włóczkę. Nic nie daje tyle satysfakcji jak świadomość, że sama zrobiłaś coś, czym twój partner chwali się w internecie jak własnym dziełem.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Opinie
Zobacz wszystkie
0
Co o tym sądzisz? Dodaj komentarzx