
Jak Temu zminimalizowało mojego wewnętrznego minimalistę
(czyli opowieść o tym, jak cztery T-shirty przegrały z jednym kliknięciem)
Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. Tak to przeważnie bywa – zło czai się w pozornie błahych intencjach. Szukałam taniej włóczki do moich robótek ręcznych. Ot, klasyczny wieczór: herbata, kot na kolanach (ok, to akurat metaforyczny kot, ale brzmi ładnie), a ja buszuję po internecie w poszukiwaniu kolorów, które będą pasować do mojego kolejnego wielkiego projektu… który prawdopodobnie nigdy nie zostanie dokończony, bo po drodze pojawi się pięć innych.
I tak, jak już wiesz, trafiłam na Temu.
Jeśli nie znasz – to może lepiej nie poznawaj. Jeśli znasz – to już wiesz, że kliknięcie “dodaj do koszyka” działa tam szybciej niż kawa o 6:00 rano. Ceny jak z innego wymiaru, wybór jak w katalogu marzeń i ten słodki moment złudzenia, że “kupiłam to za grosze, więc to nie są prawdziwe zakupy”.
Tak oto przyszła pierwsza paczka włóczki. Potem druga. Potem… cóż, obecnie mam półkę, która wygląda, jakby zamieszkała w niej tęcza z ADHD. Mam włóczki w odcieniach, których nazwy przypominają napoje z hipsterskiej kawiarni: „mgła eukaliptusowa”, „wrzos pod wpływem zachodu słońca” czy „zielony, ale nie do końca”.
Ale to tylko początek.
Zderzenie z rzeczywistością (i z własną garderobą)
Pewnego dnia, zbierając z podłogi upuszczony motek (oczywiście w kolorze „bananowy smutek”), kątem oka spojrzałam w lustro. I wtedy mnie olśniło. A raczej… przeraziło.
Miałam na sobie jedną z moich czterech ukochanych koszulek. Koszulka, która przeżyła ze mną kilka krajów, kilkanaście przeprowadzek i jedną próbę ręcznego prania w hotelowym zlewie. Teraz wyglądała, jakby przeżyła również wojnę secesyjną. Rozciągnięta, wyblakła, z dziurką na ramieniu (która udaje, że to „modny detal”).
Przez wiele lat byłam minimalistką. Nie z Instagrama – taką prawdziwą. Minimalizm z konieczności, bo jak podróżujesz z plecakiem, to nie masz miejsca na „a może się przyda”. Miałam dokładnie cztery T-shirty, trzy pary spodni, dwie sukienki i bieliznę na każdy dzień tygodnia. Nie dlatego, że tak bardzo wierzyłam w duchowość posiadania mniej – po prostu nie miałam siły targać więcej.
Ale teraz? Już nie podróżuję. Mam szafę. Mam wieszaki. Mam… internet.
I wtedy pomyślałam: czas na wymianę. Taką symboliczną. Nie żadna metamorfoza życia z programu telewizyjnego. Po prostu – dwie sukienki, kilka T-shirtów, może nowe spodnie.
Klik. Klik. Klik. Temu znów mnie wciągnęło.
Lustereczko, powiedz przecie… kto to taka ładna kobietka na świecie?
Kiedy przyszła paczka i przymierzyłam te wszystkie rzeczy, zdarzyło się coś dziwnego.
Spojrzałam w lustro… i zobaczyłam kogoś innego. Kobietę, która wyglądała na taką, co celowo dobrała strój. Taką, co wygląda schludnie nie tylko przypadkiem. Taką, która niekoniecznie złożyła ubrania z podłogi w ciemności.
Byłam… zaskoczona. I szczerze mówiąc, wzruszona.
Nie dlatego, że było tak pięknie. Ale dlatego, że dawno nie widziałam siebie w czymś, co:
- pasuje,
- nie wygląda jak pamiątka z wakacji w 2008,
- i ma kształt bardziej skomplikowany niż „worek z otworami na ręce”.
Wiecie, przez te lata podróży i wygody ponad wszystko, zapomniałam, jak to jest patrzeć na siebie z zadowoleniem. Nie jak na zmęczoną wersję siebie w legginsach z dziurką, tylko jak na kobietę, która wygląda… dobrze.
To był początek lawiny.
Odzieżowa rewolucja + mężczyzna w koszuli = czysta estetyka
Zamówiłam więcej ubrań. Potem jeszcze. I – przy okazji, i czemu nie – parę koszul dla mężczyzny. Bo nagle się okazało, że mężczyzna w koszuli, zamiast rozciągniętego T-shirtu z 2012, wygląda jak ktoś, kto ma plan na życie. Plan, który nie zawiera trzech dni pod kocem i chipsów w kieszeni bluzy.
A potem już poszło z górki: naklejki na paznokcie (kocham je, serio – szybciej niż lakier, bez smrodu i bez katastrofy, gdy telefon zadzwoni w złym momencie, a efekt taki, że sąsiadka zapytała mnie, czy chodzę do kosmetyczki. Nie. Chodzę do skrzynki na listy po paczki z Temu.), pościel w liście, ręczniki w kolorze herbacianym, organizery na szuflady, organizery na organizery i… Rzeczy, które nigdy nie były mi potrzebne… aż stały się absolutnie niezbędne.
Ile to kosztowało? Zaskakująco mało.
Gdybym miała kupić to wszystko w zwykłych sklepach, pewnie uznałabym: „eee, skoro przeżyłam tyle lat bez tego, to dam radę jeszcze trochę”. Ale Temu ma to coś – te ceny, które sprawiają, że nie czujesz zakupowego kaca. A jeśli nastawisz się na „jakość adekwatna do ceny”, to bardzo często jesteś zaskoczona… na plus.
Nie zliczę, ile razy spodziewałam się plastikowej tandety, a dostałam coś, co spokojnie mogłoby przejść za IKEA po dwóch kieliszkach prosecco.
Czy żałuję? Ani trochę.
Czy to już kompulsywne zakupy? Może. Czy moja szafa się nie domyka? Trochę.
Ale czy czuję się lepiej w nowej wersji siebie, która znów przypomina sobie, że wygląd to też forma troski o siebie?
ZDECYDOWANIE TAK.
Minimalizm to był piękny etap. Nauczył mnie, że do życia nie potrzeba wiele. Ale teraz wiem też, że czasem trzeba sobie pozwolić na trochę więcej. Na odrobinę wygody. Trochę estetyki. I może jedną, dwie, siedem sukienek więcej, niż to absolutnie konieczne.
Temu nie „zrujnowało” mojego minimalizmu. Ono po prostu przypomniało mi, że mogę wyglądać ładnie, czuć się lepiej i jednocześnie nie musieć sprzedawać nerki za komplet nowych zasłon.
A teraz, jeśli mnie szukacie — jestem w swojej nowej, miękkiej piżamie, piję herbatę z kubka w kształcie kota i przeglądam organizer na przyprawy, który sam się obraca.
I wiecie co?
Jest mi całkiem dobrze.




