Etykiety jak szyfr Enigmy
Ostatnio coraz częściej stoję w sklepie, z jogurtem w jednej ręce i miną jakbym właśnie próbowała rozpracować szyfr Enigmy. Często przychodzi mi do głowy pytanie czy ja tracę wzrok, czy po prostu etykiety produktów żyją dziś własnym, miniaturowym życiem. Skład niby jest, ale zapisany tak, jakby ktoś powiedział drukarzowi: „Weź trzy strony tekstu i zmieść je na powierzchni pestki słonecznika”.
Dlaczego etykiety na produktach są coraz mniej czytelne?
Prawo wcale nie pozwala producentom pisać igłą po ryżu. Dla żywności są jasne przepisy: minimalna wysokość litery „x” ma mieć 1,2 mm, a dla małych opakowań 0,9 mm. Brzmi całkiem rozsądnie, dopóki nie zobaczysz tego w praktyce. Wtedy okazuje się, że te 1,2 mm wyglądają jak czcionka na diecie, wyszeptana w pięciu językach na pastelowym tle, które miało być „ładne na Instagramie”. Na szczęście alergeny zwykle są pogrubione, czyli zamiast ginąć w tłumie, wystają jak łokieć w zatłoczonym autobusie.
Jak prawo reguluje wielkość liter na opakowaniach?
Żywność
Przepisy dokładnie określają minimalną wielkość liter – 1,2 mm, a dla małych opakowań 0,9 mm.
Kosmetyki
Tu robi się weselej. Prawo wymaga, żeby informacje były „czytelne i widoczne”, ale nie mówi, jak duże mają być litery. Efekt? Na słoiczku wielkości pestki brzoskwini mieści się epopeja o składzie INCI i trzy spin-offy o sposobie użycia, wydrukowane czcionką „mrówka po espresso”. Jeśli nie ma miejsca, pojawia się ikonka otwartej książki, która oznacza, że reszta sensu uciekła na ulotkę. Do tego napis 6W, 12M, 24M – czyli ile kosmetyk żyje po otwarciu. Świetna sprawa, pod warunkiem, że uda się odróżnić 12M od 12W, bo na miniaturowym nadruku wszystko wygląda jak abstrakcja.
Produkty importowane i ich naklejki
Przy produktach importowanych zabawa dopiero się zaczyna. Na opakowaniu pojawia się dodatkowa naklejka z tłumaczeniem i nagle na tej biednej butelce mieszkają cztery języki, dwie czcionki, trzy loga i moje rosnące poczucie absurdu. Nie mam pretensji do tłumacza. Po prostu nie ma gdzie tego wcisnąć. Ale jeśli ktoś się zastanawia, czemu te etykiety czyta się coraz trudniej, to proszę bardzo: więcej treści na tej samej powierzchni, gorszy kontrast i miłość branży do „kondensowanych” krojów pisma. Czytelność pada pierwsza.
Jak radzić sobie z czytaniem etykiet w sklepie?
Jako osoba z alergiami i wiecznie na diecie mam podwójny interes w tym, żeby wiedzieć, co naprawdę ląduje na moim talerzu i w mojej kosmetyczce. Jak więc sobie z tym radzę? Otóż wypracowałam metodę „Pani z Lupą”. I to nie metaforycznie. Mam w torebce prawdziwą lupę, jak rasowy detektyw, który zamiast tropić ślady krwi, tropi obecność ksylitolu (E967) czyli słodzika „fit”, który w nadmiarze potrafi zamienić dzień w maraton do toalety, albo syropu glukozowo-fruktozowego, który z kolei potrafi zrobić z batona bombę kaloryczną przebraną za niewinną przekąskę. Wyglądam wtedy jak Sherlock Holmes na misji, a ludzie obok półki udają, że nie patrzą, choć kątem oka obserwują. Ja jednak wiem jedno: przynajmniej nie kupię balsamu, który wygasł zanim zdążyłam go otworzyć, ani batonika, który zagwarantowałby mi dłuższe posiedzenie w toalecie niż lektura samej jego etykiety.
Czy naprawdę tracimy wzrok, czy tylko cierpliwość?
Zwykle zaczynam od rzeczy kluczowych. W jedzeniu alergeny i datę ważności. W kosmetykach czy słoiczek mówi mi, ile miesięcy produkt przeżyje po otwarciu i czy przypadkiem nie zawiera określonych alergenów, które sprawią, że moja skóra będzie wyglądać jak po spacerze po polu pokrzyw. Dopiero potem brnę w dokładniejsze listy składników, które nierzadko wyglądają jak powieść obyczajowa.
Czy więc tracę wzrok? Nie. Bardziej tracę cierpliwość. I wiarę, że „ładny design” zawsze idzie w parze z użytecznością. Jasne, pastelowe tła i cienkie czcionki wyglądają estetycznie, ale jeśli mam wybór między różowym nadrukiem a czytelnością czarno na białym, wybiorę to drugie, dziękuję.
Dlatego póki co zostaje mi moja wierna lupa. W końcu nie każdy superbohater nosi pelerynę, ja noszę lupę w torebce. I dzięki niej mogę wreszcie rozszyfrować, czy jogurt, który trzymam, jest bezpiecznym nabiałem, czy tajnym eksperymentem „cukier plus E-coś-tam”.
Więc jeśli też macie wrażenie, że litery się kurczą, spokojnie, to nie Wasze oczy. To świat, który próbuje zmieścić encyklopedię na pudełku po serku. A my mamy pełne prawo odpowiedzieć: świetnie, ale dajcie nam to przeczytać. Najlepiej bez lupy… a jeśli już, to przynajmniej z klasą Sherlocka Holmesa przy półce z hummusem.



