Dziewięćdziesiąt kwadracików i jedna kapitulacja
Mieszkam w klimacie, w którym najchętniej zdjęłabym z siebie skórę, gdyby to faktycznie pomagało się ochłodzić. Niestety nikt jeszcze nie wynalazł takiej opcji, więc zostaje mi to, co zostaje zawsze: ubranie, które zatrzymuje ciepło jak najmniej. I tu, uczciwie mówiąc, bluzki na ramiączkach mają latem najwięcej sensu, są przewiewne, lekkie, praktyczne, cała reszta świata już dawno to zrozumiała. Problem w tym, że ja akurat nie należę do tej rozsądnej części ludzkości i nie przepadam za odsłoniętymi ramionami, więc zamiast iść na łatwiznę, postanowiłam zrobić sobie ażurowy sweterek: coś, co je osłoni, ale nie zamieni mnie w przenośny piecyk.
Dlaczego akurat jedwab
Za włóczkę wybrałam cieniutką nitkę z jedwabiu w moim ulubionym, zielonym kolorze. Dlaczego akurat jedwab? Bo to materiał, przy którym bawełna powinna się zwyczajnie wstydzić: skóra swobodnie oddycha, wilgoć znika bez śladu mokrej szmaty na ciele, a do tego całość jest tak lekka, że człowiek zapomina, że w ogóle coś na sobie ma. Krótko mówiąc, jedwab to nie wybór, to oczywistość.
Setka pomysłów i jeden problem
Ze wzorem poszło już gorzej, choć szczerze mówiąc, powinnam się tego spodziewać. Jak zwykle, gdy szukam inspiracji w sieci, zamiast jednego pomysłu wracam z setką nowych projektów, które starannie zachowuję na później. Później, które może nigdy nie nastąpić, ale to przecież nie powód, żeby przestać je zbierać.

Tym razem padło na coś, co mniej więcej pasowało do mojej wizji, z jednym drobnym haczykiem: całość była zrobiona z kwadracików babuni, czyli formy szydełkowania, za którą nigdy nie przepadałam. Mimo to postanowiłam spróbować, przetestowałam kilka wariantów i wybrałam ten, który podobał mi się najbardziej.

Kwadraciki były małe, co brzmi niewinnie, dopóki nie policzy się, ile ich w sumie potrzeba. U mnie wyszło dziewięćdziesiąt. Dziewięćdziesiąt sztuk czegoś, czego nie znoszę robić, pomnożone przez entuzjazm bliski zeru.
Niespodzianka, której się nie spodziewałam
Zdecydowałam jednak, że zrobię je wszystkie, choćby szydełko miało mi się wtopić w dłoń na stałe. I tu nadeszła niespodzianka, z gatunku tych, które człowiek przyjmuje z mieszaniną ulgi i lekkiego oburzenia na samego siebie: kwadraciki babuni wcale nie są takie złe. Wystarczył sensowny wzór, bo te klasyczne są nudne jak flaki z olejem bez soli, ale przy ciekawszym układzie nagle nabierają charakteru. Pomógł też solidny serwis audiobooków, bo dziewięćdziesiąt kwadracików to dziewięćdziesiąt okazji, żeby wreszcie nadrobić zaległości w słuchaniu. Samego łączenia obawiałam się chyba najbardziej, bo zszywanie dziewięćdziesięciu kwadracików brzmiało jak tortura na miarę średniowiecza. Tymczasem poszło zaskakująco sprawnie: tradycyjny ścieg łączący i po prostu się działo.
Kapitulacja kompletna


Po dwóch tygodniach mogłam wreszcie założyć gotowy sweterek i z przyjemnym zaskoczeniem stwierdzić, że wyszedł lepszy, niż się spodziewałam: lekki, przewiewny i dokładnie taki, jaki sobie wymarzyłam, czyli w sumie najmniej zaskakujący zwrot akcji w całej tej historii. Skóra wciąż zostaje tam, gdzie była, ale przynajmniej teraz mam na niej coś, co nie próbuje mnie ugotować. Sąsiadka, widząc efekt, złożyła już zamówienie na identyczny model, więc niedługo będę musiała powtórzyć cały ten maraton kwadracików od nowa. Na szczęście wcześniej dam sobie solidny odpoczynek od szydełka. Powiedzmy, dwa tygodnie. Może trzy. W każdym razie nigdy więcej, do następnego razu.



