Twój ulubiony youtuber nie wie o twoim istnieniu
Żyjemy w cudownych czasach. Dzięki internetowi, telewizji i social mediom nie musisz już marnować czasu na tak archaiczne czynności jak wychodzenie z domu, mycie się czy, odpukać, rozmawianie z żywymi ludźmi. Po co, skoro w Twoim telefonie mieszka już co najmniej kilkunastu Twoich najlepszych ziomków?
Są tam influencerzy, YouTuberzy, streamerzy, aktorzy, a nawet pani pogodynka z TVN-u. Znasz ich idealnie. Wiesz, co jedzą na śniadanie, jak ma na imię pies ich kuzyna i jaki mają stosunek do podatków. Problem polega na tym, że oni nie wiedzą o Twoim istnieniu. Psychologowie mądrze nazwali to „relacjami parasocjalnymi”. Ja bym to nazwała po prostu jednostronnym zaoraniem emocjonalnym.
Mój przyjaciel, Pan Ekran
Mechanizm jest genialny w swojej prostocie. Oglądasz YouTubera regularnie od trzech lat. Facet mówi prosto do kamery, czyli podświadomie prosto w Twoje oczęta. Czasem rzuci żartem, czasem uroni łzę, bo algorytm akurat lubi autentyczność. Twoje szare komórki, które ewolucyjnie pamiętają jeszcze czasy biegania za mamutem w małych grupkach, dają się nabrać. „Siedzimy razem w jaskini, koleś do mnie mówi, śmiejemy się z tego samego, to na bank mój kumpel!” myśli Twój mózg.
No, nie do końca. Gdybyś spotkał go na ulicy i z okrzykiem „Siema stary, co tam u bąbelków?!” rzucił mu się na szyję, facet najpewniej wezwałby policję. Albo ochronę. Dla niego nie jesteś przyjacielem. Jesteś cyferką. Wyświetleniem. Statystyką w zakładce „demografia widowni (18–34)”. I wiesz co? To nie jest złośliwość z jego strony, on po prostu nigdy nie uznał, że jest Twoim przyjacielem. To Ty doszedłeś/łaś do takiego wniosku.
Kup pan suba, kup pan uwagę
Najpiękniejszym etapem tej zbiorowej halucynacji jest moment, w którym w grę wchodzą pieniądze.
Kiedyś, żeby poczuć więź z aktorem, trzeba było napisać list miłosny na pachnącym papierze i liczyć na to, że jego asystent nie wrzuci go od razu do niszczarki. Dzisiaj technologia skróciła ten dystans do kilku kliknięć. Chcesz, żeby Twój idol z Twitcha zauważył Twoje istnienie? Wpłacasz jakąś drobną kwotę (albo dużą – nie mi tu oceniać), a on przerywa narzekanie na ciężkie życie influencera, patrzy w kamerę i mówi: „Dzięki @Kuba98 za pięć dych, pozdro stary!”
I co? I w tym momencie w Twoim mózgu eksploduje dopamina. Czujesz się jak wybraniec bogów. Właśnie kupiłeś sobie pięć sekund uwagi od człowieka, który zaraz po zakończeniu streama zapomni o Twoim istnieniu szybciej, niż przeleje Twoją kasę na konto. To nowoczesna forma kupowania przyjaciół, tylko bez tej nudnej części, w której musisz im pomagać przy przeprowadzce.
Kiedyś fikcja, teraz wyrok
Relacje parasocjalne bywają jednak czymś więcej niż tylko jednostronną tęsknotą. Czasem zamieniają się w coś, co można by nazwać zbiorowym oderwaniem od rzeczywistości. Weźmy Jacka Gleesona, aktora, który w Grze o Tron zagrał Joffreya Baratheona, czyli chłopca tak doskonale irytującego, że oglądający zaciskali pięści na kanapie. Problem w tym, że część widzów zaciskała je również poza kanapą. Gleeson dostawał pogróżki w wiadomościach, a na ulicy ludzie traktowali go z taką nienawiścią, jakby udusił ci własnoręcznie sąsiadkę. Skończyło się tym, że po ostatnim odcinku po prostu odszedł z aktorstwa.
I tu jest ta gorzka ironia, którą warto smakować powoli: Gleeson nie był znienawidzony przez ludzi dlatego, że był złym aktorem. Przeciwnie, stało się tak dlatego, że był za dobry. Zagrał Joffreya tak przekonująco, tak szczegółowo i tak wiarygodnie, że widzowie przestali widzieć rolę. Zaczęli widzieć człowieka. I zdecydowali, że ten człowiek na pewno jest dokładnie taki na co dzień, bo przecież nikt nie gra czegoś tak dobrze bez powodu. To trochę jak gdyby strzelać do aktora grającego Hitlera w teatrze, bo skoro tak świetnie wyszło, to musi mieć zło we krwi!
To jest właśnie ta ciemna strona parasocjalności, do której nikt nie dodaje hashtagów. Kiedy fikcja staje się tak przekonująca, że zacieramy granicę między rolą a osobą, która ją gra, nie jesteśmy już tylko biernymi widzami. Stajemy się trybem w maszynie, która może komuś zwyczajnie zrujnować życie.
Dlaczego wolimy celebrytów od sąsiada?
Bo z celebrytami jest po prostu wygodnie. Prawdziwe relacje są absorbujące. Trzeba słuchać, jak ktoś marudzi na korytarzu, iść na kompromis, czasem pomóc, jak mu się zepsuje auto w środku zimy. Trzeba też ryzykować, że ktoś nas skrytykuje albo, o zgrozo, odrzuci.
Z ulubionym tiktokerem albo gwiazdą Hollywood tego problemu nie ma. Są zabawni, kiedy tego chcesz (wystarczy kliknąć „odtwarzaj”), i milkną natychmiast, gdy masz ich dość (wystarczy kliknąć krzyżyk). To bezpieczny, sterylny zamiennik bliskości. Emocjonalny fast food, smaczny, tani, natychmiastowy, i zostawiający dokładnie taki sam posmak: trochę przyjemności, trochę winy i narastające przekonanie, że może jednak warto było zjeść coś normalnego.
Oglądaj, ale nie rezerwuj miejsca przy stole
Nie zrozum mnie źle. Nie ma nic złego w oglądaniu filmów, kibicowaniu aktorom czy śledzeniu dram na polskim YouTube. Świetna rozrywka. Sama to robię. Ale jest różnica między konsumowaniem treści a budowaniem tożsamości wokół kogoś, kto nie wie, że istniejesz.
Kiedy następnym razem poczujesz nieodpartą chęć wysłania ostatniego grosza na „wsparcie projektu” kogoś, kto właśnie nadaje z willi na Bali, zatrzymaj się. Albo kiedy spędzisz trzecią godzinę z rzędu na analizowaniu życia uczuciowego piosenkarki, której nie poznasz nigdy osobiście, zamknij laptopa.
Wyjdź na zewnątrz. Zobacz, jak wygląda słońce, dotknij trawy, jak to mówią ludzie online. Pogadaj z tym dziwnym człowiekiem, który mieszka za ścianą. Kto wie, może on też ogląda tego samego YouTubera i wreszcie będziecie mogli wspólnie, w realnym świecie, potęsknić za Waszym wirtualnym przyjacielem.
Przynajmniej ten jeden będzie wiedział, że istniejesz.


