Chustowa gorączka
Pamiętacie, jak robiłam chustę dla mamy? Wtedy wydawało mi się, że to będzie taki spokojny, domknięty projekt. Jedna chusta dla niej, jedna dla mnie, równowaga wszechświata zachowana. Cóż, wszechświat się uśmiał, ja też, z lekkim opóźnieniem. Bo zanim zdążyłam uporządkować włóczki, powstały jeszcze trzy kolejne. Dwie dla bratowej i jedna dla sąsiadki. Każda inna, każda z historią i każda pokazująca, że w moim przypadku hasło „zrobię tylko jedną” ma mniej więcej tyle sensu co „zjem tylko jeden kawałek ciasta”.
Czarodziejka: magia i rozlane mleko
Czarodziejka Julity Janickiej zaczęła się bardzo ambitnie. Wzięłam ulubiony kolor bratowej, miało być zjawiskowo: łagodne przejście z krwistej czerwieni w głęboką czerń. Brzmiało cudownie, dopóki nie zobaczyłam, jak ta włóczka „miesza” kolory. Krwista czerwień? Owszem. Ale w połączeniu z czernią wyglądała raczej jak odcienie burzy po złym dniu. Trzeba więc było improwizować. Po kilku testach, kilku przekleństwach i pewnej ilości wewnętrznego negocjowania z losem, szydełkowania i prucia, wyszła chusta, która w końcu mi się spodobała. Może nie taka, jaką miałam na myśli gdy podejmowałam się tego projektu, ale bratowa była zachwycona, a to w końcu najważniejsze. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, zwłaszcza jeśli wyszło z tego coś, co można dumnie nosić na ramionach.
Sigrida: resztki, które stały się legendą
Sigrida z Ravelry to projekt, który pojawił się trochę znikąd. Czarodziejka była z cienkiej bawełny, tak delikatna, że można ją nosić jak szalik, więc dla kontrastu wzięłam coś zupełnie innego. Włóczkę z resztek po moim „warzywnym szaleństwie”. Pisałam o tym w jednym z wcześniejszych wpisów, gdzie udowodniłam, że robienie czegoś małego w moich rękach zawsze prowadzi do totalnego szaleństwa. Tym razem włóczka była grubsza, więc Sigrida wyszła pokaźna. Można ją nosić klasycznie na plecach, ale równie dobrze sprawdza się jako kocyk do oglądania seriali, gdy temperatura spada poniżej tego magicznego poziomu, w którym czujemy się komfortowo. To ten moment, kiedy inni zaczynają zakładać kurtki przy siedemnastu stopniach, a ja owijam się grubą własnoręcznie zrobioną chustą i udaję, że jestem gotowa na nordycki sztorm.
Perełka: prezent z serca
Perełka Julity Janickiej to czysta spontaniczność. Sąsiadka od dawna podziwiała moje prace, i nie w ten grzecznościowy sposób „o, ładne”, tylko z prawdziwym zainteresowaniem. Wiedziała, ile to pracy to kosztuje, widziała każdy detal ściegu. A takich ludzi się po prostu docenia. Pewnego dnia pomyślałam: a co mi tam, zrobię jej chustę. Nie prosiła mnie o to, ale to był ten rodzaj wdzięczności, który najlepiej wyrazić szydełkiem. Od rozmowy do gotowego prezentu minęły trzy dni. Rekord. I choć pewnie nikt mi nie uwierzy, naprawdę da się to zrobić, jeśli człowiek jest wystarczająco zdeterminowany i ma wystarczająco dużo kawy pod ręką. Sąsiadka była zachwycona, a ja zadowolona, że mogłam komuś sprawić przyjemność włóczką i paroma wieczorami roboty.





A co dalej?
Powinnam odpocząć. Może zrobić coś małego. Podkładkę pod kubek, serduszko, coś, co nie kończy się w kształcie trójkąta. Ale znam siebie. Jeśli tylko zobaczę nowy wzór, już słyszę to znajome: a może jeszcze jedną? I tak oto kończy się każdy mój plan włóczkowego minimalizmu. Zawsze w tym samym miejscu, z nowym kłębkiem w rękach i przekonaniem, że to przecież ostatnia.


