Blog,  Hobby,  Technologia

Fitness trackery – pomoc w aktywności czy złodziej danych?

Fitness trackery i smartzegarki zdominowały rynek gadżetów zdrowotnych. Coraz więcej osób nie wyobraża sobie dnia bez sprawdzenia liczby kroków, jakości snu czy spalonych kalorii. Z pozoru wydaje się, że to małe urządzenie na nadgarstku pomaga prowadzić zdrowsze życie. Ale czy faktycznie tak jest, czy może te kolorowe wykresy sprawiają jedynie, że stajemy się zakładnikami własnych danych?

Dlaczego fitness tracker motywuje?

Nie ma co ukrywać, w wielu przypadkach to działa. Ktoś, kto normalnie wybierał windę, zaczyna wchodzić po schodach, bo brakuje mu 300 kroków do dziennego celu. Krótki spacer po pracy, który wcześniej wydawał się stratą czasu, nagle staje się sposobem na „zamknięcie kółka aktywności”. To proste mechanizmy, które działają na wyobraźnię i realnie zwiększają poziom ruchu w ciągu dnia.

Badania pokazują, że użytkownicy trackerów faktycznie ruszają się więcej, a sama świadomość wyników działa jak mały prywatny trener. Nawet jeśli urządzenie nie zawsze podaje precyzyjne liczby, daje poczucie kontroli i sprawia, że częściej podejmujemy zdrowe decyzje.

Dane zdrowotne na nadgarstku

Trackery nie tylko liczą kroki. Monitorują sen, puls, czasem poziom stresu czy saturację krwi. Dzięki temu można zauważyć pewne trendy, które w codziennym życiu łatwo przeoczyć. Nagle okazuje się, że od miesiąca sypiasz średnio godzinę krócej albo że Twój puls spoczynkowy nagle wzrósł. To sygnały, które mogą skłonić do większej troski o zdrowie, a w niektórych przypadkach nawet do wizyty u lekarza.

To właśnie tutaj fitness tracker bywa naprawdę wartościowy. Nie daje odpowiedzi na pytanie, co dokładnie dzieje się w organizmie, ale podsuwa tropy. Dla osób, które chcą świadomie obserwować swoje ciało, to może być użyteczne narzędzie.

Gdzie kończy się pomoc, a zaczyna obsesja?

Niestety tu pojawia się jednak problem. Coraz częściej mówi się o zjawisku, że trackery przestają być dodatkiem, stają się czymś w rodzaju przedłużenia własnej skóry. Ludzie miewają obsesję zbierania danych: nie wyobrażają sobie minuty bez noszenia urządzenia, czasem mają dwa trackery (np. smartwatch + opaska), bo chcą mieć pełny obraz, porównać wyniki, zbierać więcej metryk: tętno, poziom stresu, sen, kroki, spalone kalorie. Niektórzy w ogóle przestają ufać sobie. Na forach i w mediach pojawiają się historie ludzi, którzy nie potrafią już spać bez opaski na ręce. Jeden użytkownik pisał, że od lat monitoruje sen Garmina i Whoopa, ale czasem musiał zdejmować je w nocy, bo rano wyniki powodowały u niego lęk. Inny przyznał, że najlepiej spał właśnie wtedy, gdy zapomniał założyć urządzenia. W „The Guardian” ktoś wyznał, że jego pierwszą czynnością po przebudzeniu nie było już przeciągnięcie się, tylko synchronizacja danych i sprawdzenie, czy wynik nie „zepsuł” całej nocy.

To zjawisko ma nawet nazwę: Orthosomnia. Badania pokazują, że od kilku do kilkunastu procent użytkowników aplikacji snu wpada w tę pułapkę. Użytkownicy forów skarżą się, że zegarek pokazuje im brak głębokiego snu i zamiast to olać, zaczynają analizować ustawienia, porównywać aplikacje i doszukiwać się problemów, których często wcale nie ma.

Problem obsesji z trackerami nie dotyczy tylko snu. Coraz więcej osób nie potrafi wyobrazić sobie dnia bez sprawdzania każdego możliwego wskaźnika. Puls, saturacja, liczba spalonych kalorii, poziom stresu, a nawet częstość oddechów. Wszystko zapisane w aplikacji, gotowe do analizy. Tyle że większość użytkowników nie ma wiedzy medycznej ani kontekstu, żeby te dane zinterpretować.

I tak zaczyna się niebezpieczna gra w samodiagnozę. Zegarek pokazuje nieregularne tętno? To pewnie arytmia. Saturacja spadła o dwa punkty po intensywnym spacerze? Na pewno oznaka poważnej choroby płuc. Wskaźnik stresu wysoki w pracy? Na pewno depresja. W rzeczywistości takie wahania są często zupełnie normalne i wynikają z codziennych zmian w ciele, oddechu, ruchu czy nawet źle założonego paska na nadgarstku. Ale dla osoby obsesyjnie skupionej na liczbach stają się powodem do paniki.

Psychologowie zwracają uwagę, że takie zachowania mogą napędzać tzw. cyberchondrię, czyli nieuzasadniony lęk o zdrowie spowodowany analizą informacji. Tym razem nie z internetu, a z własnego nadgarstka. W praktyce oznacza to, że tracker zamiast poprawiać komfort życia, zwiększa poziom stresu.

Niektórzy idą jeszcze dalej. Zbierają dane latami, tworzą wykresy, eksportują je do arkuszy kalkulacyjnych, porównują dni, tygodnie i miesiące. Problem w tym, że bez wiedzy, jak odróżnić normalne odchylenia od faktycznych sygnałów choroby, cała ta analiza staje się bezużyteczna. W efekcie pojawia się fałszywe poczucie kontroli. Użytkownik czuje, że ma „pełen obraz” swojego zdrowia, podczas gdy tak naprawdę ma tylko zbiór niepełnych i nie zawsze wiarygodnych danych.

Zdarza się też odwrotnie i osoby obsesyjnie korzystające z trackerów ignorują sygnały z własnego ciała, bo „zegarek niczego nie wykazał”. Ból w klatce piersiowej? „To pewnie nic, bo tętno w normie”. Permanentne zmęczenie? „Zegarek mówi, że spałem dobrze, więc musi być ok”. To szczególnie niebezpieczne, bo zamiast szukać pomocy u specjalisty, ludzie polegają na urządzeniu, które nigdy nie miało być narzędziem diagnostycznym.

W ten sposób trackery, które miały być wsparciem, stają się źródłem błędnych decyzji, niepotrzebnego stresu i fałszywych diagnoz. A czasem najlepszym krokiem do zdrowia jest… zdjęcie zegarka i przypomnienie sobie, że nasze ciało potrafi wysyłać sygnały znacznie bardziej wiarygodne niż cyfrowe wykresy.

Przyznam się bez bicia, że sama też wpadłam w tę pułapkę. Na początku to było niewinne. Zegarek miał mi tylko przypominać o krokach i aktywności fizycznej, gdyż moja praca to głównie siedzenie na czterech literach cały dzień. Ale zanim się obejrzałam, zaczęłam obsesyjnie nosić go od rana do wieczora, a nawet w nocy, bo przecież nie mogłam stracić ani jednej danej. Sprawdzałam tętno przy robieniu kawy, saturację po wejściu po schodach, analizowałam „poziom stresu” po rozmowie telefonicznej. Każdy wykres oglądałam jakby miał zdradzić mi tajemnicę życia i śmierci.

W końcu złapałam się na tym, że zaczyna się to robić absurdalne. Po pierwsze, zegarek praktycznie nie opuszczał mojej ręki. Nawet pod prysznicem łapałam się na tym, że myślę: „a co jeśli przez te dziesięć minut stracę jakieś ważne dane?”. Po drugie, te wszystkie liczby tak naprawdę niewiele mi mówiły. Serio, co ja miałam zrobić z informacją, że moja „zmienność rytmu serca” była niższa niż zwykle? Zamiast pójść do lekarza albo po prostu odpocząć, siedziałam w internecie i próbowałam interpretować wskaźniki, o których ledwo miałam pojęcie.

Dopiero kiedy spojrzałam na to z boku, dotarło do mnie, że to zaczyna wchodzić w przesadę. Zegarek nie stał się już narzędziem, tylko małym szefem siedzącym na moim nadgarstku, który wydawał mi polecenia i oceniał każdy dzień. I co najśmieszniejsze, ja sama wiedziałam, że te dane nie mają wielkiej wartości, bo nie mam odpowiedniej wiedzy, żeby je analizować. Mogłam więc co najwyżej samą siebie nastraszyć błędnymi wnioskami.

Od tamtej pory noszę zegarek z większym dystansem. Jeśli chcę, patrzę na trendy, ale nie daję się wkręcić w codzienne odczyty. Bo choć liczby potrafią być fascynujące, nie zastąpią zdrowego rozsądku i słuchania własnego ciała.

Czy naprawdę potrzebujemy trackera, żeby wiedzieć, że źle spaliśmy?

Czy naprawdę potrzebujemy trackera, żeby wiedzieć, że źle spałam? Weźmy przykład z życia. Budziłam się pięć razy w nocy, wierciłam z boku na bok, każdy szmer z podwórka mnie wybijał ze snu i rano obudziłam się z uczuciem, że ktoś przejechał po mnie walcem. Serio, nie potrzebuję zegarka, żeby mi powiedział, że ta noc była kiepska. Problem w tym, że kiedy włączysz rano aplikację, ona czasem stwierdzi coś zupełnie odwrotnego. Według niej spałaś „głęboko” przez cztery godziny, miałaś piękne fazy REM i ogólnie powinnaś się czuć świetnie. I nagle pojawia się dysonans: ciało swoje, zegarek swoje.

I tu warto wiedzieć, że trackery wcale nie mierzą snu tak, jak mogłoby się wydawać. W laboratoriach używa się polisomnografii, czyli badania, które rejestruje fale mózgowe, poziom tlenu we krwi, ruchy gałek ocznych i mięśni, a także oddech. To zestaw elektrod na głowie i ciele, którego nie da się zastąpić zieloną diodką w zegarku. Smartwatche opierają się głównie na pomiarze ruchu i tętna. Jeśli się przekręcasz, zegarek uzna, że się przebudziłaś. Jeśli leżysz nieruchomo, może uznać, że śpisz spokojnie, nawet jeśli w rzeczywistości bezsilnie gapisz się w sufit i liczysz barany. Dlatego różnice są ogromne — badania pokazują, że zegarki potrafią mylić się o całe godziny przy ocenie długości i jakości snu, a fazy REM to już w zasadzie wróżenie z fusów.

Czy w takim razie warto wierzyć trackerowi? Można traktować go raczej jak ogólną wskazówkę niż jak wyrocznię. Jeśli przez tydzień widzisz, że sen jest krótszy i płytszy niż zwykle, to sygnał, że coś się dzieje: może stres, może kawa o 22:00. Ale pojedynczy raport z jednej nocy nie powinien decydować o tym, jak oceniasz swoje samopoczucie. W końcu, jak pokazuje anegdota z pięcioma pobudkami, najważniejszy sensor masz w sobie.

Śledzenie snu samo w sobie nie jest złe. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zamiast wsparcia, staje się źródłem stresu. Jeśli obsesyjnie analizujesz każdą godzinę i czujesz się gorzej, bo zegarek pokazał „słaby wynik”, to zamiast pomagać, urządzenie szkodzi. Wtedy warto odpuścić i zaufać sobie bardziej niż technologii.

Bo koniec końców, zdrowy sen to nie wykres w aplikacji, tylko poczucie, że budzisz się wypoczęta i gotowa na nowy dzień. A do tego nie potrzebujesz ani trackera, ani kolorowych słupków.

Kwestia prywatności. Kto naprawdę ma dostęp do Twoich danych?

I tu wchodzimy na grząski grunt. Dane zbierane przez trackery to nie tylko liczba kroków. To informacje o Twoim rytmie życia, godzinach snu, lokalizacji, a nawet poziomie stresu. Analizy pokazują, że ogromna większość aplikacji fitness udostępnia te dane stronom trzecim.

Co to oznacza w praktyce? Twoje profile zdrowotne mogą być sprzedawane brokerom danych, reklamodawcom czy ubezpieczycielom. Rynek fitness trackerów to miliardy dolarów i firmy nie zarabiają wyłącznie na sprzedaży urządzeń. To właśnie dane użytkowników są złotem XXI wieku.

Kiedy tracker staje się panem Twojego życia

Największe zagrożenie pojawia się wtedy, gdy zamiast korzystać z urządzenia, pozwalasz, żeby to ono decydowało o Tobie. Jeśli rezygnujesz ze spotkania ze znajomymi, bo boisz się „zepsuć statystyki snu”, albo zmuszasz się do spaceru, mimo że jesteś chora, tylko po to, by domknąć kółko aktywności – to znak, że tracker przejął kontrolę.

I tutaj tkwi sedno problemu. Fitness tracker sam w sobie nie jest zły. Może być świetnym wsparciem, jeśli traktujesz go jak narzędzie, a nie jak wyrocznię. Motywuje, pokazuje trendy, daje ciekawy obraz nawyków. Ale nie jest niezbędny do zdrowego życia. Najlepszy tracker masz w sobie: to Twoje ciało, które codziennie wysyła Ci sygnały.

Czy naprawdę potrzebuję fitness tracker?

Nie potrzebuję trackera, żeby wiedzieć, że spałam źle. Wystarczy, że rano próbuję zrobić kawę w czajniku elektrycznym bez wody. Tego jeszcze żaden smartwatch nie potrafi zmierzyć.

Fitness tracker może być Twoim sprzymierzeńcem, jeśli używasz go mądrze. Pomaga zauważyć nawyki, daje dodatkową motywację i może podsunąć tropy dotyczące zdrowia. Ale jeśli liczby zaczynają stresować, jeśli samopoczucie zależy od aplikacji, a życie kręci się wokół wykresów, warto zrobić krok w tył.

A jak to wygląda u Ciebie – tracker to Twój trener osobisty czy nadzorca więzienny? Przyznaj się, ile razy chodziłaś po mieszkaniu minutę przed północą tylko po to, żeby dobić do 10 tysięcy kroków?

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Opinie
Zobacz wszystkie
0
Co o tym sądzisz? Dodaj komentarzx