
Warzywna eskapada szydełkowa, czyli jak ogórek wciągnął mnie w warzywną rewolucję
To wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. Moja córka poprosiła mnie o ogórka. Nie prawdziwego oczywiście, tylko ogórka zrobionego na szydełku. Miał pełnić funkcję ozdobnej zawieszki do kluczy albo dekoracji na stół. Pomysł wydał mi się całkiem zabawny i uroczy, więc bez większego zastanowienia chwyciłam za szydełko i zrobiłam małego ogórka. Był zielony, miał odpowiedni kształt i rozmiar, a całość wyszła zaskakująco dobrze.
Ale jak to bywa z szydełkowaniem jeden ogórek to nigdy nie jest ostatni ogórek.
Skoro już zrobiłam jednego, to pomyślałam sobie, że mogłabym zrobić też większego, nieco bardziej ozdobnego. Taki mógłby sobie stać na półce i dumnie prezentować swoją warzywną formę. A skoro już byłam w ogórkowym szale, to sięgnęłam jeszcze po grubszą, pluszową włóczkę i stworzyłam ogórka w rozmiarze przytulankowym. Wyszedł miękki, puchaty i całkiem przytulny. Teraz można go używać jako zabawkę, poduszkę albo… po prostu ogórka w wersji luksusowej. Nie wiem, jak do tego doszło. Ale w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że stworzyłam ogórkową rodzinę. Najmniejszy to wersja “na wynos”, średni ogórek to typ “do domu”, a największy no cóż, to już ogórek premium.

Córka była zachwycona. I wtedy przypomniała mi o ziemniaku. On również znalazł się na jej liście szydełkowych życzeń. Zrobiłam więc ziemniaka zgodnie z zamówieniem. Przyznam szczerze, że nie było to najbardziej ekscytujące doświadczenie. Ziemniak nie należy do najbardziej charyzmatycznych warzyw pod względem wyglądu. Jest brązowy. Jest owalny. I nie oferuje zbyt wielu wizualnych atrakcji. Ale szydełkowa misja to szydełkowa misja, więc powstał ziemniak. Był prosty, skromny, ale całkiem sympatyczny w swojej ziemniacznej nudzie.
I właśnie wtedy zaczęło się coś niepokojącego. Pojawiła się myśl. Taka mała, cicha, ale bardzo uparta. Skoro mam już ogórka i ziemniaka… to czemu nie pójść o krok dalej? Przecież są inne warzywa. Kolorowe, ciekawe, o pięknych kształtach. A szydełkowanie warzyw to przecież idealna wymówka, żeby nie przestawać szydełkować.
Tak właśnie zaczęła się moja pełzająca, włóczkowa rewolucja warzywna.
Najpierw powstał zielony groszek, bo kulki są zawsze wdzięczne do robienia. Potem dodałam paprykę, bo jej kształt i kolor to istna szydełkowa poezja. Marchewka pojawiła się niemal automatycznie. Nie da się zrobić kolekcji warzyw bez marchewki, to by było po prostu nieprzyzwoite. Rzodkiewka wkradła się cichaczem, bo ma w sobie ten uroczy kontrast kolorów i wygląda trochę jak emoji, co wzbudziło mój szydełkowy entuzjazm. Do tego dołączył burak – ciemny, dramatyczny, pełen głębi i charakteru. Następnie dynia, bo przecież każda szydełkująca osoba wcześniej czy później robi dynię. To jak chrzest bojowy.
A skoro już mowa o warzywach o ciekawych kształtach, nie mogło zabraknąć oberżyny. Tak, wiem. To właśnie ta oberżyna. Ale nie patrzmy na nią przez pryzmat internetu. To naprawdę bardzo wdzięczne warzywo do szydełkowania. Eleganckie, błyszczące, lekko zakrzywione. W sam raz, żeby dodać trochę szydełkowego dramatyzmu.
Kiedy zobaczyłam, jak zaczynają się te wszystkie warzywa piętrzyć na stole, pomyślałam, że przydałoby się coś, co je wszystkie pomieści. Zrobiłam więc koszyk. Zwykły, włóczkowy, miękki i pojemny. Idealny na warzywa. A może na kosmetyki. Albo na kamienie, guziki, piórka, muszelki i wszystko inne, co wpadnie córce w ręce. Możliwości są nieograniczone, a kobiety mają wyjątkowy talent do wypełniania pojemników.
I wtedy, kiedy już miałam wszystko skończone, spojrzałam na tę całą szydełkową sałatkę i przypomniałam sobie, że moja córka bardzo, ale to bardzo lubi arbuzy. Wiem, arbuz to nie warzywo. Ale kto powiedział, że w szydełkowym świecie obowiązują zasady botaniki? Zrobiłam więc arbuza. Soczystego, kolorowego, z pestkami i charakterem.
W tym momencie koszyk okazuje się nieco za mały. Warzywa wysypują się jakby chciały uciec z kuchni do salonu. Nie wiem, czy nie przesadziłam. Może trochę. Ale gdy patrzę na uśmiech mojej córki, kiedy układa swoje szydełkowe warzywa i arbuz w wymyślonej kolejności, to wiem, że było warto.
Czasem wystarczy jeden ogórek, żeby cała historia poszła w zupełnie niespodziewanym kierunku. A czasem trzeba po prostu przyznać: tak, zrobiłam warzywniak z włóczki. I wcale tego nie żałuję.

Podoba Ci się to co tu pokazałam?
Tak! To cudeńko jest stworzone dla mnie!




