
Wielki powrót do szydełkowania… czyli jak zrobić kapcie tuż przed latem
Ostatni raz trzymałam szydełko w ręku jakieś 20 lat temu. Ale oto, pewnego dnia, natrafiłam na piękną, wełnianą włóczkę i w mojej głowie rozbrzmiała dramatyczna muzyka – czas wrócić do szydełkowania! Oczywiście nie zaczęłam od czegoś drobnego, jak serwetka czy szalik. Nieee, to byłoby za proste. Od razu wymyśliłam, że zrobię skarpetki albo sweter.
Szybko jednak zweryfikowałam swoje ambicje. Sweter? No cóż, włóczka była zbyt gryząca, więc chyba nie chcę wyglądać, jakbym nosiła na sobie kamizelkę z papieru ściernego. Skarpetki? Okazało się, że ta wełna wcale się nie rozciąga, więc moje stopy miałyby w nich mniej swobody niż sardynki w puszce. I wtedy, nie wiedzieć czemu, wpadłam na genialny pomysł – zrobię kapcie!
Czy kapcie są łatwe do zrobienia? Oczywiście, że nie. Czy pomyślałam o tym przed rozpoczęciem? Oczywiście, że nie.
Cztery prucia później…
Pierwsza próba? Kapcie były za duże, mogłabym w nich przenosić zakupy. Druga? Tak ciasne, że nadawałyby się dla lalek Barbie, a nie dla mnie. Trzecia? Jeden był większy od drugiego – wyglądały, jakbym przez pół roku chodziła tylko na jednej nodze. Ale ja się nie poddaję! Po kilku godzinach, kilkunastu przekleństwach i niezliczonej ilości prucia wreszcie udało mi się stworzyć coś, co przypominało kapcie, a nie artystyczny eksperyment.

Tylko że… mamy wiosnę
Z dumą spojrzałam na moje dzieło i wtedy dotarło do mnie jedno, malutkie „ale”… zaczyna robić się gorąco. Idealne, ciepłe, ręcznie robione kapcie… tuż przed sezonem na bose stopy. Świetny timing, naprawdę!
Teraz mogę z dumą położyć je na półce, gdzie będą zbierać kurz przez pół roku. A gdy w końcu nadejdzie zima… pewnie uznam, że czas na nowe i zacznie się to samo od nowa.
A potem przyszło szydełkowe szaleństwo
Ale na kapciach się nie skończyło. O nie! Po tym sukcesie mój mózg wpadł w tryb „przecież to było takie proste, co jeszcze mogę zrobić?”. Skarpetki? Sweterki? Oczywiście, przecież ciepłe rzeczy zawsze się przydadzą!
A potem zobaczyłam modne, szydełkowe pluszaki i tu już się zaczęło… Boże, jakie one są urocze! Przecież znam kilka osób, które chętnie zaopiekują się ręcznie robionymi misiami, króliczkami i innymi stworzonkami!
I tak wpadłam w spiralę zakupową.
Włóczki we wszystkich możliwych kolorach i fakturach, plastikowe oczka i noski do pluszaków, igły do szycia, druty, kolejne szydełka – bo przecież nie wiadomo, które będą najlepsze – i nagle moje „spokojne, relaksujące hobby” zaczęło wyglądać jak inwestycja na poziomie małej fabryki.
Czy to jeszcze hobby, czy już początek uzależnienia? Nie wiem. Ale jeśli zobaczycie mnie otoczoną stertą włóczek, z oczami świecącymi jak plastikowe noski moich szydełkowych misiów – proszę, nie ratujcie mnie.




